Tag

bjuti Pudi

Jak dbać o stopy, żeby były piękne i zdrowe? Wystarczą 4 minuty w tygodniu!

By | Bjuti Pudi, Blog | No Comments

Zwracam uwagę na szczegóły. Czasami na dziwne. Z racji tego, że jakieś dwa lata przepracowałam w salonie kosmetycznym mam swoje pierdolce. No nie ma bata, że nie zwrócę uwagi na brwi. Patrze też na dłonie. A latem moje oczy uciekają w kierunku ludzkich stóp. Taki odruch silniejszy ode mnie. No i te stopy. No te stopy, to chyba najgorsza sprawa. Brwi bywają za bardzo wyskubane, albo zostawione same sobie, albo instagramowo wymalowane flamastrem, ale to tylko kilka kłaczków. A stopy… Grubsza sprawa. Stopy są często zwyczajnie zaniedbane. Powiem Wam jak w 4 minuty tygodniowo sprawić, żeby stopy były piękne i zdrowe.

Serio nie wiem dlaczego o stopach się nie mówi. (No chyba, że jakiś fetyszysta chce kupić fotki na Insta 😀 ). Często widzę hybrydę z półrocznym odrostem, albo poodpryskiwany lakier. Laska odjebana jak szczur na otwarcie kanałów, a pod stopnym pazurem tyle hektarów ziemi, że można pietruszkę siać i zostać milionerem. Pięta spękana jak ziemia na pustyni Gobi. Odciski, modzele, suche skórki po resztkach pęcherzy i wszystkie inne co nie zdobi i nie cieszy.

Laski wciskają się w niewygodne buty w imię mody i pielęgnują swoje haluksy. Obcierają delikatną skórę, deformują palce. Jasne, każdemu zdarzy się jakieś obtarcie, czy pęcherz, zwłaszcza w nowych butach, nawet tych bardzo wygodnych, ale potem wszelkie podrażnienia należy wyleczyć. Nie chodzi tylko o ładny wygląd, ale przede wszystkim o zdrowie. I tak: nie idziemy w szpilkach w góry, nie nosimy ciężkich butów podczas upałów, staramy się dopasować buty do okoliczności i pogody. Ważne też żeby but był odpowiednio wyprofilowany do naszej stopy. Jako właścicielka stopy wąskiej, ale za to o wysokim podbiciu, wiem jak ciężko jest dobrać odpowiedni obów. Ale się da. Odpowiednio dobrane buty noszą się dobrze nawet jeśli mają wysoką szpilkę (moje ulubione szpilki mają z 17 centymetrów i są mega wygodne, oczywiście nie wsadzam ich na każde zakupy do Biedry, ale okazjonalnie).

Jak już omówiliśmy kwestie butowe, to teraz omówmy kwestie stopowo dbaniowe. Jak dbać o stopy żeby nie sprawiały nam problemów? Przede wszystkim o stopy dbamy systematycznie. Raz na tydzień lub dwa oblatuję moje przeszczepy tarką do stóp. Nie pumeksem, tylko takim wynalazkiem z rączką, który ma “papier ścierny” o dwóch gradacjach (ziarnistościach). Tarka jest delikatniejsza i dokładniejsza. Potem oblecę jeszcze stopę peelingiem. Jakimkolwiek peelingiem, na przykład takim, którego używam do ciała, whatever, byle stopkę wygładzić. Jeśli robimy to systematycznie to nie potrzebujemy dużo czasu, dodatkowe 2 minuty w wannie, to serio żadne wyrzeczenie i wysiłek.

Codziennie przed snem wmasowuję w stopy krem do stóp. Ja śpię, one się regenerują. Aktualnie używam kremu ze zdjęcia – Oceanic Aquaselin Podology, który podesłał mi Michał w ramach akcji “Testuję z Twoim Źródłem Urody”. Krem sprawdza się bardzo dobrze, jest treściwy, ma mocznik, który moje stopy uwielbiają, oraz kilka innych ciekawych dodatków w składzie. Jeśli akurat nie macie kremu do stóp, możecie wmasowywać choćby krem do rąk, ale te stopne maja przeważnie bogatszy skład, bardziej dostosowany do potrzeb skóry w tych obszarach. W każdym razie, pal licho co – grunt to systematycznie nawilżać stopy. Polecam trzymać krem koło łóżka i przed snem opierdolić nim kopyta. W nocy i tak nie chodzicie, chyba, że lunatykujecie, więc krem ma szanse pracować w spokoju.

Jeśli malujemy paznokcie, to fajnie jest dbać o wygląd lakieru na nich. Jeśli ktoś ma chodzić z obdrapanym lakierem, to lepiej nie malować wcale. Wystarczy opiłować estetycznie paznokcie, najlepiej na prosto, tak żeby nie wrastały. Odradzam też złuszczające skarpetki. Pamiętam jak pojawiły się na rynku. Był szał. Sama testowałam i byłam zachwycona. Niestety coraz częściej słyszy się o skutkach ubocznych takich skarpetek. Naoglądałam się zdjęć niegojących się ran i teraz raczej nie poleciłabym tego wątpliwego sposobu na peeling. Raz na jakiś czas możemy za to zrobić sobie jakąś maseczkę na stopy, w drogeriach jest tego od groma. Osobiście nie używam, ale można.

Jeśli mamy większe problemy ze stopami, liczne odciski, zaniedbane pięty, wrastające paznokcie i tak dalej, warto udać się do kosmetyczki, a najlepiej do podologa (specjalista od stóp). Nie jest to duży wydatek, a taki podolog wyprowadzi nasze stopy na prostą i potem wystarczy systematyczna, podstawowa pielęgnacja żeby móc się cieszyć pięknymi racicami.

Podsumowanko. Wystarczą dwie minuty w tygodniu na złuszczanie i 30 sekund dziennie na nałożenie kremu. Oto i obiecane 4 minuty do zadbanych stóp. Raz na jakieś trzy tygodnie można trzasnąć piłowanko, albo lakier do tego i już stopy takie, że fetyszyści się posrają 😀 A tak serio, to zwyczajnie dobrze dbać o stopy systematycznie, w końcu niosą nas przez życie!

UNBOXING I Love Box Premium Maj (film)

By | Bjuti Pudi, Blog | No Comments

Najnowsze pudełko I Love Box w wersji Premium jest już w moich rękach! Majowa wersja zaskoczyła mnie szczególnie jednym kosmetykiem, który oczarował mnie swoim opakowaniem. Brzmi dziwnie? Sami zobaczcie jak wygląda to cudo, dla mnie obłęd!

Kosmetyk w pięknym opakowaniu już zaczęłam używać i to może być hit. Pierwsze wrażenie mega pozytywne. Co dokładnie znalazło się w boxie? Już śpieszę z odpowiedzią, a Was zapraszam na film, w którym opowiem więcej o zawartości.

W paczce znalazłam:

  • Serum do twarzy Fancy Handy (wartość 30 złotych)
  • Mgiełka do twarzy i ciała I Love Cosmetics (wartość 15 złotych)
  • Olejek ujędrniający Body Boom (PREMIERA!) (wartość 49,99 złotych)
  • Wacik wielorazowy Glov (wartość 14,99 złotych)
  • Tusz do rzęs Artdeco (wartość 59 złotych)

Cena pudełka premium to koszt 89,99 złotych. Wartość kosmetyków w paczce majowej to 168, 98 złotych.

Boxa otrzymałam w ramach współpracy, podobnie jak poprzednie pudełka I Love Box.

KOD RABATOWY: ilovebox -15% zniżki na zakupy w sklepie Boutiquecosmetics ważny do 31.07.2019.

UNBOXING I Love Box Premium Kwiecień (film + kod zniżkowy na zakupy!)

By | Bjuti Pudi, Blog | No Comments

Dzisiaj szybko. Ekspresowo! Świeżutka paczka od I Love Box. Otwieramy wspólnie i badamy zawartość. Na filmie opowiem Wam o moim pierwszym wrażeniu. Czy jestem zadowolona? Co mi się przyda? Co oddam? A może niczego nie oddam, bo jestem oczarowana? Jest i mały zonk! Jaki? Wszystko macie na filmie 🙂

Dla moich Odbiorników, Czytelników i Lubiczy mam 15% zniżki na zakupy w sklepie Boutique Cosmetics ważny do 31.07.2019! KOD: ilovebox

Box limitowany Premium za 89,99 zł z zawartością na kwotę 185,90 zł

 

W pudełku znalazłam:

  • Żel bambusowy G-Synergie
  • Pianka do mycia OH TOMI
  • Eyeliner Deborah
  • Zestaw I Love Signature

Kto jeszcze nie wie to powtarzam, że współpracuję ze sklepem Boutique Cosmetics, który odpowiada za I Love Boxy.

I Love Box, nowość na rynku, recka trzech ostatnich boxów (film)

By | Bjuti Pudi, Blog | No Comments

I Love Box to nowy box w przestworzach. Wypchany po brzegi dobrymi, trudno dostępnymi kosmetykami. Na filmie pokażę przegląd trzech ostatnich pudełek. Opowiem o tym jak sprawdziły się u mnie kosmetyki, które miałam okazję przetestować oraz co sądzę o I Love Boxach. Czy warto kupić? Czy zawartość zaspokoiła moje oczekiwania? O tym wszystkim dowiecie się z tego oscarowego filmu!

Na stronie I love box można już zamawiać najnowsze pudełko pełne niespodzianek. W filmie zdradzę mały sekret co tam może się znaleźć 🙂

 

Czy pokochałam kosmetyki I Love… Cosmetics? (film)

By | Bjuti Pudi, Blog | No Comments

Testowałam sobie dzielnie całe stado kosmetyków I Love… Cosmetics. Nacierałam się nimi jak świnia błotem. Zapachy maseł do ciała mieszały się z aromatami soczystych żeli, a przygrywały im akordy z mgiełek zapachowych. Żeby nie popłynąć jak laski ze słodziasnych blogasków napiszę wprost: kosmetyki pachną tak, że dupę urywa lepiej niż po śliwkach z mlekiem. Chcecie więcej? Poniżej krótkie streszczenie ale najlepsze jest to, że mam też dla Was film ze szczegółową opowieścią!

Na początku lutego nawiązałam współpracę ze sklepem Boutique Cosmetics, który w swojej ofercie ma kosmetyki, które są ciężko dostępne w Polandii. Wśród ciekawego asortymentu główne skrzypce grają kosmetyki marki I Love… Cosmetics. Markę znałam już wcześniej ale zdobycie ich produktów nie było łatwe. Czasami wyhaczyłam je online, czasami w Hebe, ale nie zawsze dostępne były wszystkie zapachy, a i mi nie zawsze było po drodze. Teraz już wiem gdzie ich szukać. Oprócz regularnej sprzedaży kosmetyków sklep zadbał też o miłośniczki niespodzianek i powstał I Love Box czyli pudełko subskrypcyjne z produktami, które trudno u nas zdobyć. O boxach będzie innym razem. Wspominam o nich dlatego, że do 5 marca można zamówić pudełko specjalne na Dzień Kobiet właśnie z produktami I Love… Cosmetics i uważam, że to świetna okazja, żeby poznać te kosmetyki. Zapraszam Was na film, w którym recenzuję ogromną, pachnącą paczkę ze sklepu!

A dla tych co wolą poczytać mam trzy słowa do ojca prowadzącego. Takie streszczenie wrażeń 😉

Masła do ciała I Love… Cosmetics

Środkowe masło pochodzi z linii Signature, która różni się od podstawowej linii ilością nut zapachowych oraz pojemnością. Signature są większe i maja bardziej złożone zapachy.

Wszystkie masła intensywnie pachną, intensywnie ale na tyle subtelne, że nie drażnią i nie przytłaczają. Nie walą chemicznie. Świetnie nawilżają, nie brudzą, szybko się wchłaniają pozostawiając skórę miękką i wspaniale pachnącą.

Kremy do rąk I Love… Cosmetics

Bez jaj, najlepsze kremy do rąk jakie miałam! Łapy nie są po nich tłuste, a nawilżone i osłonięte niewidzialną rękawiczką. Cudo! Zapachy oczywiście wymiatają!

W paczce znalazłam też balsam do ust Balmi. Piękne opakowanie, działanie też spoko. Usta nawilżone jak trzeba. Trafiłam na wersję wiśniową, smakowita 😉

Mgiełki zapachowe I Love… Cosmetics i świeca zapachowa I Love…

Mgiełki świetnie podbijają zapach nabalsamowanych zwłok. Trup trzeci tydzień leży w piwnicy i jeszcze nie śmierdzi.

Świeca to mój hit! Pachnie na równi intensywnie jak świece YC! A może nawet mocniej? Jedno jest pewne, chętnie wypróbuję wszystkie warianty zapachowe, bo jest genialna!

Peelingi do ciała I Love… Cosmetics

Oczywiście, że wymiatają zapachami! Kokos to totalny kosmos! Peeling jest średnio-ostry, przy okazji złuszczania zdechłej skóry od razu myje cielsko. Bardzo praktyczne!

Żele pod prysznic I love… Cosmetics

Ogromne, wydajne i pachnące tak, że chce się je zjeść razem z wanną 😀 Genialne są te zestawy ze 100 mililitrowymi miniaturkami dzięki którym można poznać różne warianty zapachowe, praktyczne także na wyjazdy.

Był to taki skrót skrótów na skróty. Więcej powiedziałam na filmie ale podsumowując – do tych kosmetyków nie ma jak się przypierdolić. Wszystko mi w nich pasuje. Jak ktoś zechce to się dojebie ale jego prawo. Osobiście bardzo się cieszę, że powstało takie miejsce gdzie mogę regularnie zaopatrywać się w soczyste kosmetyki, a doskonale wiecie, że takie najbardziej uwielbiam 🙂

Jak dbać o tatuaż? Czy tatuaż boli? Wszystko co powinieneś wiedzieć zanim zrobisz tatuaż

By | Bjuti Pudi, Blog | No Comments

Moja prawa strona prawie nie ma tatuaży. Nie liczę maleństwa na stopie. Prawa strona jest do kościoła 😀 Tatuaż na lewej stronie mojego ciała ciągnie się od połowy uda po kark. Czasami jakiś żulik zobaczy kawałek dziary na udzie i rozochocony pyta gdzie mój tatuaż się kończy. Zawsze wtedy pytam czy chce zobaczyć. Już widzę te kurwiki w oczach i wtedy ja mu cyk i pokazuję kark. Jego oczy smutnieją w ułamku sekundy. Teraz w planach mam rękaw. Oczywiście z lewej strony, bo lewa strona nie jest kościołowa, jest moją historią i temperamentem wymalowanym na ciele. Wszystko co chcesz wiedzieć zanim zrobisz tatuaż znajdziesz w tym wpisie.

Pierwszy najprawdziwszy tatuaż zrobiłam jakieś 13 lat temu. Potem już poszło. Czy tatuaże wciągają? Owszem. Jednak decydując się na tatuaż sprawa powinna być przemyślana, w końcu zostanie z nami na zawsze. Przez ostatnie 5 lat myślałam o wzorze na rękaw. 5 lat to jednak kupa czasu. Wymyśliłam część. Motyl, mandala, wzorzyście spływający od łokcia po dłoń. Nad resztą myślę dalej.

U kogo zrobić tatuaż?

Na pewno nie u Mietka w piwnicy za flaszkę. Najlepiej pytać znajomych, pójść do kogoś z polecenia ale też do osoby, której styl tatuowania nam odpowiada. Ja lubię czarno-białe, klasyczne tatuaże i mocną kreskę. Owszem, podobają mi się tatuaże kolorowe ale u kogoś, poza tym kolory zazwyczaj najszybciej bledną i częściej trzeba je poprawiać. Wszystkie moje tatuaże robię u znajomego artysty, na Facebooku u Fazy możecie obejrzeć jego prace. Polecam.

Ile kosztuje tatuaż?

Różnie. Zależy od miejsca, zależy od tego co chcemy wytatuować i jak duży ma być nasz tatuaż. Cena to sprawa indywidualna ale nie róbcie tatuażu za flaszkę w piwnicy u Mietka 😉 Wcześniej umawiamy się na wzór, konsultujemy wszelkie poprawki i akceptujemy projekt. Pamiętajcie, że projekty są indywidualne i żaden szanujący się tatuator nie zrobi Wam dziarki identycznej jak ma Jola na Instagramie. Tutaj też obowiązują prawa autorskie i kopiując czyjąś pracę można popłynąć na grube tysiące, dziesiątki tysięcy.

Czy tatuaż boli?

Zależy kogo. Jedni srają po portkach z bólu, inni umiarkowanie odczuwają ból, jeszcze inni nie czuja nic. Ja nie czuję nic. Podczas tatuowania usypiam w rytm bzyczącej maszynki. Dłubanie w skórze sprawia mi wręcz przyjemność. Jedynie w okolicy pachy i palców u stopy czułam drażniące wibracje. Nie był to ból ale uczucie jakby ktoś próbował na siłę łaskotać mnie gwoździem, ciężko opisać 😉

Jak przygotować się na tatuaż?

Nie chlać alko, nie opalać skóry na skwarkę, nawilżać skórę w miejscu gdzie chcemy dziarę. Przed tatuowaniem nażreć się czegoś dobrego i sycącego, ogolić miejsce na tatuaż i wsadzić ciuch, który będzie wygodnie zdjąć, przesunąć i nie będzie nam go żal gdyby się przypadkiem upierdolił tuszem.

Jak wygląda tatuowanie?

Tak jak na powyższym zdjęciu. Wcześniej przygotowany wzór odbija się na skórze i jedziemy z koksem. Kilka godzin relaksu z przerwą na siku czy co tam chcecie i mamy gotowe dzieło.

Jak dbać o świeży tatuaż?

Po zrobieniu tatuażu wasz nowy nabytek zostanie zawinięty w folię. W pradawnych czasach była to folia spożywcza. Do dziś niektórzy używają. Taką zwykłą folię należy zdjąć mniej więcej po 2 godzinach od tatuowania. Są różne szkoły i niektórzy folie każą nosić dłużej, na logikę jak rana ma pod tym oddychać i się goić? Dla mnie kompletna głupota. Zawsze ściągałam po powrocie do domu i wszystko goiło się jak na psie. Koleżanka nosiła całą noc i odparzyła sobie skórę ale róbcie jak chcecie, ja nie jestem Waszym tatuatorem. Osobiście folię spożywczą szybko wyrzucałam do kosza. Przy ostatnim tatuażu nie miałam nakładanej foli spożywczej, a specjalną folię medyczną. Dla mnie genialny wynalazek! W przeciwieństwie do zwykłej folii, medyczną nosimy do 24 godzin. Folia ta zabezpiecza ale jest (z tego co pamiętam) porowata i nasza skóra oddycha. Folia medyczna stosowana jest także przy oparzeniach, jest sterylna i wygodna jak druga skóra. Z tego co wiem można jej używać i w kolejnych dniach lub używać kremu do pielęgnacji tatuażu. Ja używałam kremu Easy Tattoo i uważam, że jest to milion razy lepsza alternatywa niż Alantan czy Bepanthen. To nie jest reklama haha 😀 Po prostu mam porównanie, bo wszystkich trzech produktów używałam. Alantan i Bepanthen są lepkie, zbierają cały syf, tłuszczą, brudzą i generalnie mnie wkurwiały. Easy Tattoo nie brudzi, ma lepszy skład, super szybko goi, kosztuje około 25 złotych (kupowałam w moim salonie tatuażu) i jest mega wydajny.

Po zdjęciu folii, czy to zwykłej czy medycznej, przemywamy delikatnie tatuaż ciepłą wodą z szarym mydłem i odciskamy (nie trzemy!) delikatnie ręcznikiem papierowym. Następnie smarujemy niewielką ilością  kremu pielęgnacyjnego do tatuażu tak żeby pokryć tatuaż ale nie upierdolić go na grubo. Jeśli mamy możliwość nie zasłaniajmy tatuażu, nie nakładajmy obcisłych ciuchów, dajmy mu się spokojnie goić. Jeśli dziara jest w miejscu narażonym na drażnienie ubraniem i musimy wyjść na przykład do pracy w konkretnym ubiorze, można przykryć tatuaż folią ale tego nie praktykowałam. Jeśli już musimy to jednak niech będzie to ta folia medyczna.

Dni lecą. Codziennie przemywamy tatuaż szarym mydłem i ciepłą wodą, odciskamy i smarujemy. Czynność tą należy powtarzać mniej więcej 4 razy dziennie, a świeży tatuaż powinien ciągle pozostawać nawilżony. Czas gojenia naskórka to 3-4 tygodnie. Po tym czasie można umówić się na ewentualne poprawki. Nie wolno drapać ani odrywać ewentualnych strupków. Osocze to normalne zjawisko w pierwszych dniach. Nie wolno tatuażu moczyć. Ja kąpałam się przez miesiąc z ręką w górze 😉 Bardziej niewygodnie było z plecami 😀 Nie chlać kilka dni po zrobieniu tatuażu.

Tatuaż w folii medycznej

Ile goi się tatuaż?

Długo. Czas gojenia się naskórka to, jak wspomniałam, około 3-4 tygodni ale to nie koniec. Żeby tam wszystko elegancko doszło do siebie potrzeba nawet trzech miesięcy. Gołym okiem tego nie widać ale oprócz zewnętrznej warstwy skóra ma ich jeszcze kilka.

Jak dbać o tatuaż po wygojeniu?

Napierdalać balsamami. Nie łazić na basen i nie opalać przynajmniej przez miesiąc, a najlepiej jeszcze dłużej żeby nic się nie spierdoliło. Smarować kremami z filtrem, najlepiej 50tką, żeby kolory nie traciły na intensywności. I chyba tyle?

 

No to chyba tyle. Myślę co tam dalej chcę mieć na ręku i pewnie jeszcze trochę mi to zajmie. Lubie tatuaże. Lubię uczucie podczas tatuowania. Wciągająca zajawka. U mnie wszystko ma sens, symbolikę, jakieś drugie dno, każdy obrazek coś znaczy ale nie widzę niczego złego w zrobieniu czegoś co po prostu nam się podoba. (Byle nie był to napis TAXI na czole i numer boczny za uchem, bo trochę wiocha z tym całe życie latać ale jeśli ktoś lubi…). Lubicie tatuaże czy jak tatuaż to patola i recydywa? 😀

 

 

 

Aksamitny balsam do mycia twarzy od Czarszki. Mistrzostwo świata!

By | Bjuti Pudi, Blog | No Comments

Od dwóch lat testuję. Myślę, że czas najwyższy coś napisać o tym pomarańczowym słoiczku. Jest to chyba jedyny kosmetyk wśród kosmetyków oleistych, który kocham. Jedyny kosmetyk, w którym oleistość mi nie przeszkadza, a wręcz lubię jego konsystencję. Fenomen wśród produktów do demakijażu. Mój Święty Graal i mistrzostwo świata! Drodzy Państwo przedstawiam…

Aksamitny balsam do mycia twarzy od Czarszki. No i co powiecie? Słoiczek jak słoiczek. A w środku złoto. Balsam to banda wyłącznie naturalnych składników, które myją mordę lepiej niż karcher. Wystarczy odrobina, taka wielkości, bo ja wiem, pięciu groszy może, żeby pozbyć się każdego makijażu. Balsamem możemy też masować twarz, czy co tam chcemy sobie pomasować, ale ja jestem na takie rzeczy za leniwa. Kosmetyku używam do demakijażu. Biorę tę kulkę, rozgrzewam chwilę w dłoniach i masuję tym gębę aż rozpuści się cała tapeta. Potem biorę rękawicę Glov albo coś co ją przypomina i usuwam balsam razem z całym syfem. Po tym myję twarz musem z LaQ żeby pozbyć się oleistej powłoki i resztek po demakijażu. Potem to wiadomka, jak zawsze, tonik, krem czy co tam mamy w planie. I już. Balsam od Czarszki to dla mnie najlepszy produkt do demakijażu. 

Co w nim takiego niezwykłego? Dostałam za darmo hahaha 😀 Dostałam, ale nie dlatego tak go lubię 😀 Nie jest to żadna recka sponsorowana. Czarszkę znam osobiście i ona nic nie wie, że piszę tę reckę, dostałam, bo chyba mnie lubi. Inne blogerki niech nie piszą do niej, bo Wam nie da. Nie ma darmo. Inni mogą se kupić balsam na stronie Pauliny za 60 złotych o tutaj i ręczę, że będzie to najlepiej wydane sześć dych. Pytacie mnie w listach – “dlaczego”. Odpowiadam. Dlatego, że balsam jest naturalny. Po dłuższym używaniu poprawia się jakość Waszego ryła, nie obsyfia się, jest idealnie domyte i nie narażone na żadne substancje drażniące. Zmywa absolutnie każdy makijaż do czysta bez wysiłku. Pięknie pachnie cytrusami. Balsam jest wydajny, 100 ml słoiczek wystarcza mi na cały sezon jesienno-zimowo-wiosenny. Pytacie “co z latem”. Otóż latem noszę sztuczne rzęsy więc niestety nie mogę używać tego cuda, bo by mi rzęsy powylatywali. Dodatkowy plus, o którym nikt wcześniej nie mówił jest taki, że jak kończę sezon rzęs i zostaje mi ich trzy na krzyż to żeby nie chodzić jak niedojebana, nakładam balsam na resztki sterczących rzęs i rozpuszczam nim klej, który je trzyma. HOT TIP!

Nie wiem czy wypatrzycie tu skład ale jakoś mnie to średnio interesuje. Kto jest zainteresowany produktem ten wyżej znajdzie se link. Jak widać produkt jest tak naturalny, że zając z obrazka może go śmiało zjeść i nie dostanie sraki, a to najlepsza rekomendacja. Obrazek ręki informuje, że można wsadzić w słoik paluchy i palców Wam nie zeżre. Reszta nie istotna. No może jeszcze istotne jest to, że zawartość słoika musimy zużyć w pół roku, bo inaczej Czarszka robi wjazd na chatę i wali wykład o następstwach używania przeterminowanych kosmetyków bijąc przy tym po dupie biczem z pokrzyw. Wiem, bo tak było u mnie, do dziś siadam tylko lewym półdupkiem, bo prawy piecze.

Polecam. Drugi rok używam i będę to kontynuować nawet jak darmo mi więcej nie podaruje. W sumie to w tym roku nawet chciałam kupić ale Paulina wyprzedziła moje działania. Przypominam tylko, że Wam darmo nie da, kupcie se, bo inaczej z głodu dziewczynina zdechnie. Mi już pewnie też darmo nie da, bo ileż można?

Tyle. Kupcie se.

Dermacol, Caviar Long Stay- podkład idealny, uniwersalny i do zadań specjalnych

By | Bjuti Pudi, Blog | No Comments

Ile szukałyście podkładu idealnego? Ja 29 lat. Od roku katuje jeden, ten wymarzony, ten idealny, ten uniwersalny i jednocześnie nadający się do zadań specjalnych. Zanim znalazłam spełnienie moich podkładowych marzeń przeszłam wyboistą drogę. A to podkład ciemniał na skórze, a to się ścierał, a to brudził ciuchy, a to ryj się świecił po chwili. Pełna gama wpadek. I oto on! Ideał!

Dermacol, Caviar Long Stay, Make-up & Corrector

Rok temu dostałam Caviar na spotkaniu blogerek i przepadłam. Właściwie od tamtej pory kupuję tylko ten podkład. (Btw. to nie jest wpis sponsorowany, ot odkryłam go dzięki spotkaniu). Przetestowałam go we wszystkich możliwych warunkach– zimą, latem (chociaż latem rzadko się maluję to czasem mi się zdarza), w deszczu, śniegu i w słońcu, na imprezie, na co dzień i od święta. No używam go non stop. Wydajność taka standardowa, wystarcza na kilka miesięcy (4-5 przy codziennym katowaniu) ale mega drogi nie jest więc zapasy uzupełniam (przykładowo na eZebra kosztuje 40 złotych). Cena przy jego magii jest magicznie niska, bo używałam dużo droższych szpachli, które do pięt mu nie dorastają.

Kolor, którego używam to 2, Fair. Odcień dla mnie idealny, wpadający w żółte tony. Dodatkowo kolor świetnie stapia się z gębą więc efektu maski nie ma nawet jak jestem trochę bardziej blada lub opalona. Nie wiem jak on to robi ale robi, dostosowuje się do mojego ryja jak kameleon. Nie odznacza się. Jest przyjemnie aksamitny, nie robi się z niego ciastolina na twarzy, nie ściera się, nie brudzi, nie wałkuje, nadaje równomierny kolor, przykrywa niedoskonałości (chociaż hello!!!11one Ja jestem doskonała, no ale coś tam czasem wyskoczy). Twarz jest gładziutka, świeżutka i wszystkie inne utka! Trzyma się do zmycia, czoło się nie świeci, policzki nie błyszczą (osobiście każdy podkład przypudrowuje jakby co). Nie obciąża gęby, nie spływa, nie kapie, nie zatyka porów ani spódnic. Ideał! A jakby tego było mało to…

…to pod nakrętką ukrywa się korektor do zadań specjalnych! Jakimś tam wielkim fanem korektorów nie jestem. Używam jak mi się przypomni i zechce ale odkąd korektor mam razem z podkładem częściej po niego sięgam. Korektor jest dopasowany kolorystycznie do podkładu, nie podkreśla zmarszczek ani nie wchodzi w żadne załamania skóry, lekko rozjaśnia i rozświetla okolicę oczu, nie obciąża. Dla mnie bomba.

Za 4 dyszki mamy 30 ml podkładu i korektor (chuj wie ile go tam jest, ale po skończeniu podkładu korektor jeszcze mi zostaje). Opakowanie poręczne, praktyczne. W jednym egzemplarzu kiedyś wyłamałam zawias z zatyczki od korektora ale to chyba z mojej winy, bo szurnęłam energicznie słoiczkiem. Z wad to…no nie ma wad dlatego Wam o nim piszę. Można przywalić się do szpatułki, którą pod koniec używania ciężko zaczerpnąć resztki ale tutaj radzę sobie patyczkiem kosmetycznym czy czymś co mam pod ręką (łom, młotek, łapa kota, kopyto sarny). Może jedynie z dostępnością może być kłopot ale skoro to czytacie to znaczy, że macie neta, a jak macie neta to kupicie online. W razie czego, to na stronie Dermacolu macie miejsca gdzie jest dostępny, zawsze możecie też zapytać na ich FB gdzie dorwiecie go stacjonarnie.

Mój ryj posiada skórę mieszaną z odchyłami do suchej. Na tym moim ryju testowałam i ten mój ryj poleca. Używam od roku, zużyłam już kilka opakowań i zużyję więcej.

A Czytelniki mają jakieś podkłady idealne czy są na etapie poszukiwań?

Poczuj się jak Czarodziejka z Księżyca z Cossi Fuleren

By | Bjuti Pudi, Blog | No Comments

Kolejny wstęp z tekstem, że lubię jak coś ładnie pachnie. Oprócz tego lubię wspierać małe, polskie marki. Lubię też dobre kosmetyki, najlepiej jeśli cena też jest dobra. Jeśli połączymy te wszystkie czynniki, które sprawiają, że staję się uśmiechniętą Pudi, otrzymujemy Cossi Fuleren. A w ich kosmetykach znajdziemy jeszcze jeden ciekawy wyróżnik- kamień księżycowy! Kto nigdy nie chciał być Czarodziejką z Księżyca niech pierwszy rzuci kamień! Najlepiej ten z księżyca 😉

Na wstępie zaznaczę, że zestaw dostałam za darmo ale recenzję robię z własnej inicjatywy, nie jest to współpraca, a chęć promowania fajnych kosmetyków od małej, rodzinnej firmy, za którą trzymam kciuki 🙂

Dodam jeszcze jedno. Paczka jaką dostałam w maju od Cossi była najlepszą paczką PR jaką w życiu dostałam! W jednej części znalazłam kosmetyki, a w drugiej- swojską kiełbasę i smalec. No proszę Państwa, pokażcie mi taką drugą markę, która tak bardzo zna potrzeby i fantazje blogerek 😀

Jeszcze jedno, jedno. Cossi to siostrzana marka Rapan Beauty, których maseczkę ze smoczą krwią namiętnie katuję od dawna. Mają moje pełne zaufanie, więc od razu wzięłam się do testów i dziś kilka słów na temat toniku, olejku i peelingu.

Na pierwszy ogień jedziemy z tonikiem. Przyznam, że tonik kojąco-nawilżający przypadł mi najbardziej z całego stadka. Kliknijcie sobie w to co się świeci i tam macie pełne info o nim, bo ja nie lubię treści przepisywać, potem i tak nikt tego nie czyta. W skrócie to za 25 złotych mamy delikatnie pachnący tonik z ekstraktem z aloesu, grzybów shiitake i kamieniem księżycowym w środku. Kamień księżycowy brzmi magicznie tymczasem jest to minerał będący pozostałością meteorytu. Ma właściwości antyoksydacyjne, ochronne, kojące, nawilżające i…serio poczytajcie więcej na ich stronie 😉 Zaprawdę powiadam Wam- jest to dobre.

Tonik praktycznie z miejsca trafił do moich ulubieńców. Pierwszy raz miałam okazję naocznie zaobserwować działanie toniku. Kilka razy zapomniałam nałożyć po nim krem, bo skóra była nawilżona i zdawało mi się, że krem już mam, a nie miałam. Kolejny plus za to, że wystarczyło przetrzeć buzię i wszelkie zaczerwienienia, zadrapania, syfki bladły na moich oczach. O tak po prostu, jeb i ni ma czerwonych plamek. Magia z księżyca. Przy nakładaniu twarz lekko mrowiła ale w taki przyjemny sposób. Czasami tonik rozpylałam prosto z dozownika, czasami nakładałam na wacik, jak mi się akurat zachciało. Wydajność dosyć dobra, bo psiukacz dozuje niewielką ale odpowiednią ilość. Polecam!

Drugim produktem był olejek upiększający. W składzie znajdziemy między innymi olejek z orzecha włoskiego, olejek ubuntu mongongo, olejek andiroba i oczywiście kamień księżycowy latający po flaszce. Że nie jestem fanką olejków to każdy wie 😉 Ten olejek używałam z przyjemnością, bo pachniał nieziemsko, trochę owocowo, trochę słodko ale świeżo jednocześnie. Zapach ciężki do określenia ale piękny. Najważniejsze, że genialnie się wchłania i  to dość szybko, nie brudzi ciuchów i nie jest upierdliwy w obsłudze. Wydajny. Jako nie-fanka olejków raczej do niego nie wrócę ale osoby, które olejki lubią na bank go pokochają 🙂

Trzeci kosmetyk to peeling egzotyczny. Najbardziej na świecie uwielbiam trzeć skórę do krwi haha 😀 W każdym razie lubię ostre peelingi. Latem, na opaloną skórę takie ostre peelingi to średni pomysł dlatego też latem najlepiej sprawdzał mi się ten peeling od Cossie. Drobno zmielone pestki oliwek i sól himalajska delikatnie złuszczają martwy naskórek. Ponieważ zdzierak ukręcony jest na bazie masła shea i masła kakaowego, oleju kokosowego i oleju babassu skóra po użyciu jest nawilżona. Polecam szczególnie leniwcom, którzy nie lubią lub nie pamiętają o nałożeniu balsamu po kąpieli, peeling robi robotę za nas i skóra jest przyjemnie dojebana mocą. Wrócę do niego latem kiedy moja skóra woli delikatniejsze traktowanie.

W żołnierskich słowach- najbardziej do gustu przypadł mi tonik ale wszystkie kosmetyki są godne pochwały. Do wyboru macie też inne wersje kosmetyków, które pokazałam, inne zapachy, różne zastosowania ale to sami sprawdźcie na ich stronie. Kamień księżycowy może i nie jest kosmiczny ale kosmetyki oparte na nim mają trochę kosmiczne działanie. Znikające zaczerwienienia po toniku to dla mnie kosmos, nigdy po żadnym kosmetyku moja skóra tak szybko nie była ukojona. I polecam wspierać małe, polskie marki 🙂

Musy do mycia twarzy od LaQ, moje odkrycie trzydziestolecia!

By | Bjuti Pudi, Blog | No Comments

Dawno nie było tu kosmetyków co? Nie było, bo to wszystko chuja warte. Jeden pies co na ryj położysz. Jakby te wszystkie kremy, sremy przeciwzmarszczkowe działały to te stare aktorki, ambasadorki marek nie naciągałyby się u chirurga. A się naciągają. No to gdzie ten krem niby działa? Aż się ciśnie na usta, że w dupie. Chociaż tam nie sprawdzałam. Czasami jednak trafi mi się jakaś perełka i wtedy wiem, że muszę, po prostu muszę poświęcić jej osobny wpis na blogu, bo jest tego warta. Chcę Wam zrobić dobrze i tanio. Zrobię Wam dobrze na trzy sposoby! Jedziemy z koksem!

Musy do mycia twarzy od LaQ. Nasza polska, swojska marka do której mam szczególny sentyment. Ale sentymenty na bok. Te produkty są zwyczajnie idealne. Przynajmniej dla mnie. Nie jest to żadna współpraca ani wpis sponsorowany. Co prawda musy dostałam za darmo ale nie po to żeby recenzować. Dostałam z sympatii, nie jakaś bezduszna paczka z agencji czy coś, dostałam je prosto od Karoliny, która własne palce macza w tych słoiczkach żeby ukręcić wartościowe kosmetyki. Jeśli już wyjaśniliśmy sobie kwestię, że “łe darmo sucza dostała, głupia blogerka, wysępiła, do roboty by się wzięła” i wiecie, że dostałam, bo jestem zajebista to mogę Wam coś tam więcej o musach napisać.

Tutaj macie składy, pewnie gówno widzicie, więc odsyłam Was do LaQowego sklepu i tam możecie sobie poczytać. Teraz każda blogerka analizuje każdy przecinek w składzie ale ja nie będę, bo mi się nie chce i nie czuję się kompetentna ale mogę Wam powiedzieć, że składy są maksymalnie proste i dobre. Nie znajdziecie tam żadnych śmieci, a jedynie wartościowe składniki no i drobny konserwant żeby Wam mus nie zgnił zanim ze słoiczka do gęby doniesiecie. Proste i logiczne. Nie ma się do czego przypierdolić. Myślę, że musy nadadzą się do każdej twarzy tym bardziej, że do wyboru mamy trzy rodzaje. Żółty peelingujący, różowy nawilżający i czarny oczyszczający.

Zapach! Jak one pachną! Uwielbiam jak coś mi pachnie. Żółty to ananas, różowy wiśnia, a czarny coś jakby subtelne perfumy unisex. Ale nie o zapach tu chodzi. Musy świetnie oczyszczają. Żółtego używam raz, czasami dwa razy w tygodniu. Jak wspomniałam żółtek to wersja peelingująca do tego z moim ukochanym korundem. Dla mnie genialna sprawa! Dotychczas kupowałam osobno korund i mieszałam najczęściej z czymś do mycia twarzy, a tutaj mam gotowca, do tego pęknie pachnącego. Idelolo. Czarnuch ma dodatek węgla aktywnego, jeśli to Was nie zachęca to dodano jeszcze garść oleju z konopi siewnych. No kto nie lubi konopi niech pierwszy rzuci kamień! Ta wersja chyba najbardziej odpowiada potrzebom mojej skóry, chociaż po opalaniu to mus wiśniowy był odpowiedniejszy. Czarny mus dedykowany jest skórze problematycznej, tłustej i mieszanej. Wiśniowa wersja będzie dobra dla cery normalnej, suchej i wrażliwej, w składzie znajdziemy między innymi masło shea. Osobiście uważam, że najlepiej mieć wszystkie trzy musy i używać zamiennie w zależności od tego czego nasza skóra akurat potrzebuje.

Mamy fajne działanie, ładny zapach, dorzucam do tego mega wydajność. Czarny mus na zdjęciu ma miesięczny ubytek. Przez miesiąc, używając kosmetyku przynajmniej dwa razy dziennie, zużyłam jego małą łyżeczkę! Uwielbiam też przyjemną konsystencję tegoż wynalazku- taka nadmuchana ale jednak dość zbita pianka. Słoiczki małe (100 ml), poręczne, lekkie. Twarz oczyszczona jak trza, na skórze nie pozostaje żadna tłusta warstwa. Tutaj serio wszystko jest tak jak trzeba. A teraz najlepsze! Słoiczek musu kosztuje 17,99! Czy jeszcze coś trzeba dodawać?! Dla mnie to jest sztos i jeśli kiedykolwiek uda mi się zdenkować te maluchy (ta wydajność!) to będę kupować i kupować. Nie chcę widzieć niczego innego do mycia twarzy w mojej łazience. Mam swoje perełki. 30 lat szukałam ideału i dlatego dziś Wam o tym mówię- znalazłam!