Wywczas z Pudernicą- Sycylia. Marzamemi.

Wyobraźcie sobie najpiękniejszą wioskę. Wioskę gdzieś daleko na południu Europy. Wyobraźcie sobie tę wioskę na Sycylii. Szum fal, kolorowe domki, mało turystów, zero pośpiechu i piekielne upały. Szum fal, kolorowe krzesła i zapach morza. Barwne uliczki i cisza. Spokój, ukojenie. Żar z nieba i aromat drzew oliwnych gdzieś obok. Zimne piwo, słodkie wino i świeży tuńczyk. Raj. I kiedy otwierasz oczy, kiedy uświadamiasz sobie, że właśnie siedzisz w tym edenie, nie wiesz czy się uszczypnąć, czy lepiej bez pośpiechu dokończyć nadpite wino…

Marzememi. Wioska w południowo-wschodniej części Sycylii. Wioska mało znana i pomijana w przewodnikach. O istnieniu tego raju dowiedziałam się z bloga Aleksandry i już wiedziałam, że muszę tam być. Walić przewodnikowe must have, tam musiałam pojechać. Udało nam się ogarnąć auto i wyruszyliśmy na podbój świata. Z hotelu w okolicach Ispica mieliśmy około 20 kilometrów. Wybraliśmy malowniczą, nadmorską trasę. Krajobrazy typowo rolnicze, ale jednak to błękitne morze po prawej rozjebuje system, nawet rolnikiem mogłabym być w tych okolicznościach przyrody😄
Auto najlepiej zaparkować przed główną częścią miasteczka. O tutaj po lewej stronie murku. Parking jest płatny ale bez obaw- wyszły nam dosłownie jakieś grosze. Możemy poczłapać murkiem aż do rynku, albo jak normalni ludzie- udać się tam jedną z licznych uliczek. Poszliśmy oczywiście po murku. Od czasu do czasu skręcaliśmy na skałki i piaskowe mini plaże.
Wchodzisz na rynek i… czujesz się jak na jakimś Dzikim Zachodzie. Cisza i jakieś tutejsze świerszcze w tle. Właściwie to czekałam tylko na moment kiedy pod nogami przetoczy mi się ten zwitek siana z westernu. Trafiliśmy akurat na siestę. Z jednej strony to dobrze, bo miasteczko miało jeszcze lepszy i niespieszny klimat, z drugiej- na tym rynku dotarło do mnie po co Sycylijczykom ta cała siesta. Temperatura na tej patelni przekraczała spokojnie z 50 stopni. W takich warunkach człowiek się nie poci. Człowiek odparowuje jak kostka lodu na patelni.
Jedna pierzeja zadbana, druga ledwie się kupy trzyma, trzecia to restauracje, czwarta pomieszanie z poplątaniem. I to wszystko w kupie ma taki urok, że na żywo rozdziawiacie dziób i…w tym momencie odparowuje Wam ślina razem z kwasem z żołądka tak jest cieplutko.
Uliczką obok kościółka w ruinie dochodzimy do pięknego portu. Nowoczesne jachty i łódki, które ledwo kupy się trzymają. I właśnie te zdezelowane łąjby najbardziej chwytają za serce. I tak! Za plecami słyszysz muzyczkę z westernu „Dobry, zły i brzydki”, a sycylijskie dziadki sącząc kawę śledzą każdy Twój krok. To lecimy pozaglądać w uliczki zanim ustrzelą mnie kulką z opuncji.
Wszędzie knajpki. Nie najtańsze mimo, że wiocha i turystów niewielu. Kolorowe krzesła, girlandy, donice z kwiatami, bezpańskie koty i spokojni tubylcy. Uśmiechnięci ludzie, stare mury, żar lejący się z nieba. KLIMAT! Można obiec to miejsce w 30 minut i powiedzieć, że nic tam nie ma. Jest klimat. Jest taki klimat, że mogłabym tam mieszkać. Słono oliwny zapach powietrza, plecy oparte o zimny mur dają namiastkę chłodu. Dźwięki szczękających o siebie kieliszków wina i filiżanek z mocną sycylijską kawą. Można ćpać ten klimat na zdrowie.
Marzamemi. Miejsce tak zwyczajne, że powala. Charakterystyczna sycylijska ceramika na każdym kroku. Brak pośpiechu, brak stresu, reset totalny. Przewróciło się? Niech leży, a i ja się położę. I sąsiad położy się obok, a drugi przyniesie wino i też znajdzie miejsce. Taka jest Sycylia. Takie jest Marzamemi. Polecam to miejsce serdecznie. Polecam wypić tam wino, poleżeć, pospacerować, a może nie robić nic. Tam nawet nic smakuje inaczej.