Ze mną się nie napijesz?

Święta za nami. Przed nami Sylwester. Trzech Króli. Weekendy. Walentynki. Wielkanoc. Majówka. Wesela. Chrzciny. Poprawiny. Soboty i piątki i… Z jakiej okazji dziś się napijemy? Z okazji urodzin Ani. Ani moich, ani Twoich. Zawsze jest okazja żeby jebnąć se browarka, albo obalić flaszkę. Tu jest Polska, tu się pije. A Ty co? Ze mną się nie napijesz? Ze mną? No kurwa! Polewaj!

Wiecie dlaczego za małolata Mama na imprezy mnie puszczała? Bo się nie puszczałam, a i wódki umiałam odmówić. Jasne zdarzył się browarek, winko jakieś. Wszystko dla ludzi, ale kiedy ktoś wyjeżdżał z tekstem- „Ze mną się nie napijesz?”- odpowiedź była jedna, nie i chuj. I chuj mnie obchodziło co ktoś sobie myślał, nie to nie. Nie będę tu grać świętojebliwej. Ale mam znajome co to trzeba było pod kranem cucić, bo przeholowała z wódką, albo tak się ujarała, że wstyd było do domu odstawić. A teraz co? A teraz to one są czyste jak łza, bo studia w Wyższej Szkole Hałasu zrobiły, rodziny mają, dzieci, pracę. Ale one nie piły, no gdzież! A dziecka to nie zaszczepią, bo chemia, a alkoholu to one nigdy, a dzieciak do osiemnastki z domu nie wyjdzie. Zapomniał wół jak cielęciem był. Otóż ja od czasu do czasu alkohol piłam i piję, ale to zawsze ja byłam tą, która ogarniała najebane koleżanki i otrzeźwiała je pod kranem. Te same, które dziś twierdzą, że one alko nie lubią i nigdy nie piły, ale wino przed snem potrafią po cichu pierdolnąć przed snem. Hipokryci.
Polska jest w czołówce państw gdzie pije się najwięcej. Dlaczego w innych krajach można wypić piwko na placach, skwerach, w parkach, a u nas nie? Bo Polacy nie potrafią pić. Musza się najebać. Nie dorośliśmy do tego, żeby znieść zakazy. Zawsze jest okazja. Ile razy w święta usłyszeliście ten chujowy tekst, że no jak to ze mną się nie napijesz? No właśnie. A u mnie w domu rodzinnym nie było czegoś takiego jak wódka na wigilijnym stole. Nie było chlania z okazji chrzcin czy komunii. Czyje to kurwa święto? Alkoholików? Znacie jakichś alkoholików? Pewnie teraz przed oczami macie jakiegoś Pana Janka spod sklepu. Błąd. Pewnie spory procent znajomych jest alkoholikami. Część może nawet zdiagnozowanych. I tych, którzy się leczą, doszli sami do tego, że przegięli pałę, trzeba wspierać, a nie jebnąć do nich z tekstem- „no daj spokój, jedno piwko jeszcze nikomu nie zaszkodziło„. Ręczę, że szkodzi czasem i jedno piwko, a takie teksty tylko dołują osobę, która chce wyjść z nałogu. A alkoholikiem stać się łatwo, bo alkoholizm, to nie Pan Janek spod sklepu, alkoholikiem może być każdy. Taka demokracja.
Alkoholizm to nie tylko problem ubogiej część społeczeństwa. Alkoholizm nie patrzy na to ile kto zarabia, zmienia się tylko cena trunku. Pan Janek spod sklepu walnie sobie jabola za dziesięć zeta, a adwokat wypije drogie whisky. Jaka to różnica oprócz kilkuset złotych? Żadna. Demokracja. Alkoholików co niemiara, ale oni oczywiście twierdzą, że „nie? Ja? Ja tylko w weekendy, ja tylko piwko”. A gówno prawda. Jeśli jest regularność w piciu, to jest to alkoholizm. I nie ważne czy to winko przed snem, dwa piwka po robocie, najebka do bólu raz w miesiącu, albo koniaczek do filmu. Jeden chuj. Jeśli ktoś nie wyobraża sobie konkretnej czynności bez dawki alko, to jest to alkoholizm i koniec. I nagle 70% ludzi w okół to alkoholicy. Nieźle co?
Po co to wszystko piszę? Bo mam już dość zdziwienia na twarzach ludzi, że jednak się z nimi nie napiję. Dlaczego? A no, bo może nie mam akurat ochoty, a wódki czy bimbru zwyczajnie nie lubię. A jak czegoś nie lubię, to po chuj mam się męczyć? W imię czego? „Bo Ty przecież jesteś Pudernica, ze wschodu, Ty musisz wypić”. Ja nic nie muszę, a takim namawianiem tylko mi się odechciewa jeszcze bardziej. Poszłam kiedyś na wesele i nic nie piłam, bo nie zwróciłam uwagi, że jest alkohol. Jadłam i tańczyłam. Potem ktoś mnie zapytał dlaczego nie piłam, a nie piłam, bo zapomniałam?Potrafę się świetnie bawić bez wspomagaczy. Najbardziej szokuje informacja, że nigdy nie urwał mi się film, nigdy nie byłam porządnie napita, nigdy nie wyrżnęłam orła i stopuję drinki w tylko mi znanym momencie. Piję dla smaku, dla towarzystwa, czasami na humor ale tylko jeśli chcę. Nie upijam się, bo po co mam się męczyć? Mam twardy łeb. Kaca nie miewam. A dlaczego? Bo nawet jeśli piję, to mam umiar. Mogę wypić dużo, ale po co? Uwielbiam dobre, kraftowe piwa. Jeśli mam wypić jakieś siki z browarów Kampanii Piwowarskiej (te wszystkie piwa co są na każdej półce), to nie piję wcale. Od czasu do czasu wypiję trochę wina, dobrej nalewki z przyjaciółkami. Średnio wszystkie zbieramy się rzadziej niż raz na miesiąc. Zdarza mi się wypić zimne piwo latem i grzańca zimą. Zdarza mi się rzadko, bo nie mam ani czasu, ani mnie nie ciągnie. Wolę się najeść. A zjeść to ja mogę ho ho!
Nie wyobrażam sobie jak mogłabym być od czegoś uzależniona. Rozumiem oczywiście, że ktoś może mieć do czegoś ciągoty, ale sama nie pozwoliłabym sobie żebym była od czegokolwiek zależna. Lubię mieć władzę nad sobą. Władzę nad moją głową, nad moim ciałem i moją psychą. Nie lubię być słaba. Nałogi? Lubię jeść, lubię spać, piję po 2-3 półtoralitrowe flaszki wody dziennie, zielona herbata jest zawsze. Ale alko? No kurwa! Mogłoby zniknąć na całym świecie i nawet bym się nie przejęła. No może tęskniłabym za dobrym kraftem czasami, ale tylko tyle.
Wszystko jest dla ludzi. Ja nie lubię wódki i czekolady. Jeśli ktoś wymusza na mnie picie wódki, albo jedzenie czekolady- niech spierdala. Właściwie, to ja w ogóle nie rozumiem namawiania do czegokolwiek. Moje życie, mój wybór. Namawiana do czegokolwiek buntuję się i bądźcie pewni, że wtedy odmówię. Chcesz pić- pij. Nie chcesz- nie pij. Proste. Nie moja broszka. Tylko należy pamiętać, że wszystko może być trucizną. I codzienne piwko przed telewizorem, to nie jest błaha sprawa. Łiskacz dla relaksu, to nie jest dobra droga. Wieczorne wino siedem razy w tygodniu, to nie jest lepszy sen. Weekendowe chlanie, to nie powód do dumy. Afterki i dziwne instastories to żenada.
Róbcie sobie co chcecie.
Ja nic nie muszę.