Wodzę językiem po Kasi

Dziś nie będzie żadnych zbiorowych gwałtów na psychikach. Dzisiaj co najwyżej niewinne fellatio na Waszych umysłach. Lekkie muśnięcie zmysłowego tematu. Chciałoby się rzec- liźnięcie tematu subtelnego i tak bardzo bliskiego nam kobietom. Szminka. Pomadka. Nasza wierna suka, którą zawsze mamy przy sobie. W torebce, kieszeni. Miota się po aucie, przerzuca po domu. Jest.
Rimmel, Lasting Finish Lipstick by Kate Moss, szminka. Odcień 26.
Pomadkę dostałam w ramach testów od eZebra (KLIK). Ucieszyłam się, bo to nie pierwsza Kate w mojej kolekcji. Mój zapał został ugaszony w momencie kiedy otworzyłam szminkę i zobaczyłam jej kolor. Wydał mi się mało sexy, mało różowy, taki bezpłciowy. Nie było szybszego bicia serca i motyli w brzuchu. Z piersi wyrwało mi się beznamiętne słowo klucz- „kurwa”… Kręciłam się, kręciłam wokół pomadki, aż pewnego dnia nałożyłam ją drżącą ręką na drżące usta. Z piersi ponownie wyrwało się słowo klucz tylko w innej intonacji. Tym razem kurwa była wybitnie soczysta. Kolor na ustach był piękny! Sama w życiu nie kupiłabym szminki w tym kolorze. Za to lubię testy losowych produktów- trafiam na kosmetyki, po które normalnie bym nie sięgnęła.
Opakowanie standardowe, czarne z autografem Kate. Mój podpis z pewnością byłby lepszy, ale popracuję nad tym w przyszłości 😉 Szminka miękka jak masełko, ładnie prowadzi się po ustach, nie wysusza. Utrzymuje się dość długo jak na pomadkę. Myślę, że 4 godziny to całkiem dobry wynik.
Na ustach prezentuje się subtelnie, lekko błyszczy. Powyższe zdjęcie świetnie oddaje jej realny kolor. Taki nudziak w wersji słonecznej. Kolor pasuje chyba do wszystkiego. Trzeba przyznać, że mimo mojej wcześniejszej niechęci, teraz używam jej często. Kiedy nie chce mi się myśleć jakie dziś usta- sięgam po nią. Pasuje zawsze 🙂
Jak som plusy to som i minusy niestety 😉 Pomadka trochę zbiera się w załamaniach ust i przy wejściu do otworu gębowego. Na szczęście nie rzuca się to bardzo w oczy. Widać to kiedy się przyjrzymy. Poza tym na eZebra kosztuje 9,39 co jest miłym zaskoczeniem. Za wcześniejszą Kate przepłaciłam w Rossmannie i to srogo. Wrzucę Wam też siostrę, a co tam 🙂
Ta sama Kate w wersji matowej, odcień 102. W rzeczywistości kolor jest odrobinę ciemniejszy niż na mojej fotce. To taki przydymiony róż, bardziej zgaszony i nie aż tak neonowy. Ciężko mi było uchwycić kolor. Jest piękny. Szkoda, że głupia ja przepłaciłam w Esesmanie za Kasię, dałam całe cholerne 20 złotych, ech gupia ja. Szminka tak samo przyjemnie kremowa i pachnąca niewiadomoczym, noo tak pomadkowo, ładnie 😉 Wydaje mi się, że matowa siostra trzyma się dłużej, ale po całym dniu usta są takie nieswoje. Nie są przesuszone, ale są na dobrej drodze do tego. Mimo to pomadka fajna. Odcień ładnie komponuje się z opalenizną. Jest dość uniwersalna i podobnie jak 26 będzie pasowała większości kobitek i do większości stylóweczek.
Podsumowując- polecam. Szczególnie jeśli płacimy połowę ceny 😉 Macie jakieś Kasie w swoich kosmetyczkach? Lubicie się z nimi?