Olaplex- cud nad Wisłą i Wieprzem, i Wartą, i Krzną!

Niedziela dla włosów, odbyta w piątek i opisywana w poniedziałek, takie rzeczy tylko u mnie 😉 Ale najważniejsze jest to co tym razem namodziłam. A namodziłam srogo. Słyszeliście o Olaplex? Nie chce mi się powielać internetów, więc powiem w skrócie- jest to preparat, który regeneruje mostki siarczkowe we włosach, czyli robi nam dobrze, żeby włosy nie były jakby pierun siarczysty w kupkę szyszek przypierdolił. Można specyfiku dodawać do rozjaśniania, farbowania lub zrobić zabieg regeneracyjny. Staram się nie męczyć już moich włosów, więc zdecydowałam się na ich regenerację. To tak jakby w skrócie.
Mam takie szczęście, że „posiadam” prywatną fryzjerkę w postaci mojej dobrej koleżanki. Kiedy do niej idę to wiem, że roboty nie spierdoli. O Olaplexie wyczytałam jeszcze zimą na jakimś zagramanicznym forum i nawet myślałam, żeby zamówić sobie zestaw na Amazonach czy innych eBayach, ale wiecie sto dolców w ciemno to nie w kij dmuchał. Wiosną objawił się polski dystrybutor i od razu doniosłam o tym mojej fryzjerce, która nadała znaki dystrybutorom i tak Olaplex trafił na naszą wiochę 😉 Póki co w naszym lubelskim województwie Olaplexią w Chełmie i własnie w Krasnym Yorku u mojej Pati- KLIK. Ludu- podziękujcie mi 😉
I tak oto w piątek Patryszja umyła me włosy wiatrem stargane i nałożyła ociupinkę zawartości pierwszej flaszki. Wystarczy posiedzieć z tym 5 minut, ale ja siedziałam dobre 40. Potem na pierwszą powłokę poszła druga flaszka, oczywiście odpowiednia ilość, nie cała 😉 Siedziałam godzinę, a minimum to 10 minut. Żeby było jeszcze drastyczniej, to siedziałam połowę tego czasu pod grzaniem, podczas gdy na zewnątrz temperatura dochodziła do 40 kresek. Lubię hardcore.
Siedziałam jak chuj na weselu ze dwie godziny, a potem włoski do mycia. Nie dawałyśmy już żadnych odżywek, bo byłam ciekawa efektu tylko po samej Oli. I oto proszę ja Was efekty.
Pierwsza fotka to moje włosy bez niczego, czesane wiatrem. Drugie zdjęcie to efekt jaki otrzymałam po Olaplexie. Przepraszam a jakość fotek, ale robiłam je telefonem, a i światło takie średnie. W każdym razie efekt widoczny. Kłaki zostały też ujebane o centymetr, dla lepszej kondycji. Włosy stały się mega miękkie, jeszcze bardziej niż były. W końcu ładnie się błyszczą i są jedwabiste w dotyku. Nawet wymordowane końce dostały kopa jak od Pudziana. Układają się jednym ruchem ręki, więc drugą mogę naginać selfiaki. Stały się lejące jak dwóch dresów pod remizą, normalnie nowe życie. Nawilżone jak Sasha Grey przed kręceniem nowej sceny. Jestem zachwycona i mam w planie powtórzyć zabieg co najmniej dwa razy. Znając życie to więcej 😉
Włosy są po dwóch myciach i efekt nie traci na mocy niczym odkręcone tanie wino. Śmiem twierdzić, że tak jak prawi producent, preparat włazi we włosy i tam pozostaje, a żeby nie utracić nowego życia włosów musimy o nie się troszczyć. Ot wsio. Koszt tego zabiegu u mojej Pati to od 100 złotych w górę. Mniej niż wszędzie i to są zalety mieszkania na zadupiu Prącie Państwa! Wiem, że u innych jest to minimum 150 złotych, a nawet 300. No już kurna bez przesadyzmu, ale wiadomo- większe miasto to też wyższe opłaty.  Patrycja jeszcze nie wie o tym wpisie, ale zapraszam do niej, bo patrząc na jakość usług poziom jest wysoki, natomiast ceny to miła niespodzianka. Opyla Wam się dojechać na Olaplex nawet z Warszawy, bez kitu…Pati wie ile to centymetr, a to niewątpliwa zaleta, takiej fryzjerki to ze świecą szukać, a nawet z halogenem i ledem i nie wiem z czym jeszcze, ale mało takich co to znają się na miarach. Polecam Olaplex i polecam Patrycję. I już.