Moi wiejscy bohaterowie

 

Jestem ze wsi i jestem z tego dumna! Teraz niby tam mieszkam w niby mieście, niby powiatowym, a wczoraj mi za oknem stado saren się pasło. O wsi i o wieśniakach wspominałam TUTAJ, to już się nie będę powtarzać. Ale chciałabym rozwinąć temat i pójdę w taką odnogę myśli. Każdy gdzieś tam sobie mieszka, nie wiem jak to jest w wielkim mieście, to znaczy wiem, ale nie z autopsji. Wiem za to jak to jest na wsi, w małym mieście. Kiedyś koleżanka śmiała się, że jestem z Zadupia. Powiedziałam, ok, jestem z Zadupia, ale w takim razie Ty jesteś z Dupy, skoro w takim centrum wszechświata mieszkasz. No to teraz jestem w Dupie.
Nie ważne czy mieszkasz w Dupie czy na Zadupiu, masz wrażenie, że nie ma tu nic i nikogo interesującego. A rozglądałeś się kiedyś? Też mi się wydawało, że na mojej wsi to tylko pijaczki pod sklepem, ale im dłużej się zastanawiałam, tym więcej osobowości dostrzegałam. Zmienię troszkę imiona i nazwiska, żeby nie było, ale reszta to prawdziwe historie.

Gwizdek, którego koty zjadły

Pan Gwizdek mieszkał za lasem. Wokół mojej rodzinnej miejscowości jest mnóstwo lasów, a sama wieś jest bardzo rozrzucona. Gwizdek był prekursorem samego Cejrowskiego. Od wczesnej wiosny, do późnej jesieni chodził boso. Stopy miał solidne 😉 Ale to nie były jakieś tam spacerki, nie. On po bułki do najbliższego sklepu miał ze 3 kilometry. Do pobliskiego miasteczka też chodził z buta ze stopy (?). Żadne busy, autobusy. Zresztą wtedy busów jeszcze na świecie nie było. Sama miałam z jakieś 5 lat i nigdy nie zapomnę tych leśnych stóp w rosie. Raz jedyny widziałam go w sandałach. Szok. Właśnie w tym wspomnianym miasteczku, w sklepie, Gwizdek miał sandały! Brązowe, z grubych pasów.  Potem się dowiedziałam, że on zawsze przed dojściem do miasta, przecierał stopy i zakładał sandały. No tak…po przejściu jakichś 12 km, buty się należą.
Pewnego razu Gwizdka nikt nie widział. Dzień, drugi, trzeci…po tygodniu, czy dwóch ktoś postanowił wybrać się do jego chatki za lasem. Gwizdka koty zjadły. Zjadły oczy, nos, uszy, język… Bo Gwizdek żył ze stadem kotów- przyjaciół. Człowiek ten zmarł ze starości, a koty z głodu poradziły sobie jak mogły. I tak Gwizdek przeszedł do legendy.

Bronka, co z krową mieszkała

Babcia Bronka. Chyba każdy tak o niej mówił, choć nie była niczyją babcią. Mieszkała w chatce, nikomu nie wadziła. Miała krówkę, kotka, garść kur. Potem córka wybudowała nowy dom i Bronka poszła do tego nowego domu. Kurki biegały po podwórku, kotek chodził swoimi ścieżkami, ale co z krówką? Krówka zamieszkała w nowym domu. Tak w domu. Kojarzycie te popularne na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych domy „kwadraty” z białych pustaków? Do takiego domu trafiła Bronka i jej krówka. Zajmowały parter. Krówka miała swój pokój. Często przechodząc obok domu, można było podziwiać krowę w oknie, która w buzi mieliła sobie siano. Latem krowa pasła się w ogródku, a Bronia pilnowała ją na stołeczku, z gałązką w ręku. Potem Bronka zmarła, a krówka przestała mieszkać w domu.

Januszek, swój chłopak

Januszek, tak o sobie kazał mówić. Wszystkim, bez różnicy. Januszek miał już pewnie ponad 70 lat, ale jakoś nie było tego po nim widać. Mieszkał sobie za innym lasem i dorabiał „po ludziach”. A to komuś ogródek przekopał, a to kartofle pomógł zbierać. Tu parę groszy, tam flaszeczka i żył sobie. Do okolicznych mieszkańców zwracał się per „bodziak”. Taki cichy człowiek, cichej wsi. Jakoś nie mogłam o nim nie wspomnieć. Zmarł kilka lat temu i nikt nie mógł w to uwierzyć, bo kto jak kto, ale Januszek?

Pan Tadeusz

Pan Tadeusz mieszka w lesie. Mieszka z synem. Kiedyś miał pięknego owczarka niemieckiego. Owczarek był psem przewodnikiem, bo Pan Tadeusz jest niewidomy. Kiedy psinka żyła Pan Tadeusz sporo się przemieszczał. Do sklepu, do miasta, zupełnie jakby to, że nie widzi nie stanowiło najmniejszego problemu. A z lasu nie jest tak łatwo dojść do centrum wsi. Do domu Pana Tadeusza jest dobre 5 kilometrów i to polną drogą, leśną ścieżką i milionem zakrętów z wystającymi korzeniami, jak to w lesie. Mimo to człowiek z pieskiem często pojawiał się w różnych miejscach. Potem pies poszedł na drugą stronę tęczy. A Pan Tadeusz został uziemiony w swoim lesie. Czasami widuję go z synem, ale jestem pewna, że wolałby nadal przemieszczać się z psem, który dawał pewien rodzaj niezależności. Pies przewodnik…kasa, gruba kasa. I prawdopodobnie długie oczekiwanie. Dobrze, że las o tej porze roku budzi się do życia- pachnie, szumi i słychać śpiew ptaków. Jakoś tak raźniej. A i śniegu w tym roku nie było, droga nie będzie obsychać do lipca. Zawsze są jakieś plusy.

Karolek z dywanu

Taka sytuacja. Impreza rodzinna, ślub, wiejskie wesele. Wszyscy zwarci i gotowi, zaraz wyjazd do kościoła, gościom już kiszki marsza grają. Wódeczka się chłodzi. Stryj. Gdzie jest stryj? Stryj umarł. Co tu robić? Co tu robić. A dawaj Karolka w dywan. Wesele zapłacone, goście czekają. Galareta się chłodzi, stryj też już chłodny, czasu nie cofniesz. Zawinęli więc Karola w dywan i pojechali do kościoła.  W jednym pokoju odbyła się impreza, tańce, hulańce, wódeczka się leje, a Karol w drugim pokoju sztywnieje. Na drugi dzień odwinęli Karola z dywanu i ogłosili skacowanym gościom, że oto stryj zszedł z tego świata. Chwilę później odbył się pogrzeb. I tak oto obie imprezy zaliczone niemal za jednym zamachem.
Nie wiem ile osób mieszka w mojej wsi. Jest może ze 100 domów? Może 140? Rozrzucone po polach i lasach. A mimo to tyle osobowości…Pewnie jeszcze kilka ciekawych osób mogłabym znaleźć, kilku zwykłych- niezwykłych ludzi. A w Waszych okolicach? Znacie jakieś ciekawe, lokalne osobowości? Legendarnych ludzi?
Wszystkie fotki w poście są mojego autorstwa, zrobione jakimiś prehistorycznymi telefonami, na przestrzeni iluś tam lat 😉 A na każdym zdjęciu moja wsi spokojna, wsi wesoła.