Przeklęte miejsca, ludzie, pasja…i kilka słów o dziwnych zjawiskach

Coraz bardziej odbiegam od tematów kosmetycznych, ale myślę, że mnie rozumiecie- blog lifestylowy istniał jeszcze przed Pudernicą. Kosmetyki traktuję z przymróżeniem oka, takie lekkie hobby. Może niektórzy zdziwią się, jeśli powiem jak szerokie zainteresowania posiadam. Może nie wszystko na raz. Dziś napomknę o jednym z nim- historia regionu, a także kultura żydowska, która jest nieodłącznym elementem historii miejsca, w którym żyję.
źródło-https://www.izbica.info/historia/galeria-iiwojnaswiatowa
 Szczególnie interesuję się historią izbickich Żydów i okresem holocaustu. „Izbica, Izbica, żydowska stolica”- powiedzenie związane z pobliską miejscowością, gdzie zresztą ukończyłam gimnazjum. Moja fascynacja tym niecodziennym tematem nie wzięła się z nikąd. Pradziadkowie w okresie wojny ratowali Żydów, ukrywali w gospodarstwie i jestem z nich niezwykle dumna. Dziadkowie nie zostali odznaczeni medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, ale nie o medale tu chodzi, a o ludzkie życie, które ratowali, mimo, że narażali przy tym własne. Osobiście postawa dziadków nauczyła mnie tolerancji, honorowego zachowania i wpoiła ważne zasady, którymi kieruję się w życiu. Powiecie- patos, pieprzenie, mówcie co chcecie. Niestety dziadkowie już nie żyją, a wszelkie informacje jakie zebrałam nie są pełne, ludzka pamięć jest ulotna. Wiem, że jedna z Żydówek pochodziła z miejscowości Mokrelipie, dziadkowie nazywali ją Irenką, ale prawdopodobnie na imię miała Sara. Przez około rok „Irenka” była ukrywana w przydomowej piwnicy. Pomagała w opiece nad dziećmi moich dziadków ( właściwie pradziadków, ale zawsze nazywałam Ich dziadkami), kiedy było na tyle bezpiecznie, że mogła wyjść z piwnicy na teren domu ( nigdy na zewnątrz). Przez około tydzień , kiedy w Izbicy zrobiło się gorąco, zaczęły się wywózki, dziadkowie opiekowali się też (prawdopodobnie) młodszym bratem Thomasa Blatta. Według babci, chłopiec miał na nazwisko Blatt, imienia nie pamiętała, a ja nie mogę potwierdzić tej informacji, bo babcia nie żyje. Po tygodniu ojciec odebrał chłopca. Niestety, cała rodzina niedługo po tym, trafiła do niemieckiego obozu zagłady- Sobiboru. Przez gospodarstwo dziadków przewinęło się też  kilkoro (kilkunastu?) innych Żydów. Dziadkowie mieszkali w odległości około 7 kilometrów od Izbicy, więc teren był dość bezpieczny. Chociaż Niemcy węszyli i tu, dziadek był prężnie działającym partyzantem, partyzantka była mocno rozwinięta w tych okolicach.
Thomasa Blatta miałam przyjemność spotkać osobiście, wysłuchać jego wspomnień, krótko porozmawiać. Było to jakieś 12 lat temu, byłam troszkę speszona, że rozmawiam z tym Wielkim Człowiekiem, bardzo bym chciała mieć okazję zamienić z Nim jeszcze kilka słów, posłuchać. Kiedy opowiadał o dzieciństwie, jego twarz promieniała, kiedy mówił o obozie i powstaniu w nim… Wyrazu jego twarzy nigdy nie zapomnę. Zaszklone oczy, twarz posągowa, blada…jakby martwa.
źródło-Wikipedia
Wielokrotnie odwiedziłam Majdanek, teren obozu przejściowego w Izbicy znam jak własną kieszeń, zresztą jak całą Izbicę. Mając jakieś 15 lat byłam też w Sobiborze, aktywnie uczestniczyłam w odsłonięciu kamienia pamięci o izbickich Żydach. Jakieś trzy lata temu, wracając znad jeziora, postanowiliśmy zajechać z przyjaciółmi do Sobiboru. Długo się z tym zbieraliśmy. Skręciliśmy w lewo i po chwili byliśmy na miejscu. Lipiec, skwar leje się z nieba, wjeżdżamy na parking obok małego muzeum, za którym znajduje się teren obozu. Szyby otwarte. Nagle do środka wpada ogromny szerszeń. Próbujemy wygonić giganta i w tej samej chwili dostrzegamy, że w koło samochodu są setki szerszeni. Okna pozamykane. Walczymy  tym, który został w środku, w końcu komuś udaje się go zatłuc. Na zewnątrz cała chmara owadów i w tym momencie jak na zwolnionym filmie podjeżdża Mały Fiat z rodziną w środku. Ojciec, matka, dziecko, jedzą lody, szyby otwarte! Próbujemy krzyczeć, dawać znaki, pokazujemy na stado szerszeni. W końcu rodzina dostrzega nasze próby kontaktu i szybko zamykają okna. nawet nie wiecie jak nam ulżyło! Odjechaliśmy stamtąd czym prędzej i jeszcze przez kilka kilometrów szerszenie „odlepiały” się z auta. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie widziałam tak ogromnego stada, ogromych szerszeni, w dodatku tak rozwścieczonych.
Kilka tygodni później, z tą samą grupą znajomych, zrobiliśmy drugie podejście. Nie było szerszeni. Nie było nikogo. Zupełna pustka. Poszliśmy ścieżką w głąb terenu obozu, pod pomnik, aleja z kamieniami pamięci, las. Wokół zupełna cisza, w tle słychać było tylko świerszcze i strzelającą od upału trawę. Cisza. Weszliśmy do małego muzeum. Pusto. Zaczęliśmy oglądać wystawę, coś tam tłumaczyłam znajomym, rozmawialiśmy przyciszonymi głosami. Nagle zza ściany zaczął dochodzić jakiś dźwięk. Sapanie, warczenie. Coś pomiędzy warczeniem dużego psa, niedźwiedzia, dziwne pomruki- miarowe, rytmiczne i coraz głośniejsze. Za ścianą nie było zupełnie nic. Kawałek polany, las. W pewnym momencie wszyscy zrobili się zupełnie bladzi- dźwięk jakby się zbliżał. Gęsia skórka. Jeszcze nigdy tak szybko nie biegłam do samochodu, a za mną czterech facetów. Wsiedliśmy do auta i bez słowa stamtąd uciekliśmy. Dopiero po kilku minutach padły pierwsze słowa. Co to było? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Nikt nic nie pił, żadnych używek, nie byliśmy przemęczeni. Każdy słyszał to samo, choć nie wiadomo co. Nigdy tak się nie bałam, nawet teraz kiedy to piszę sztywnieją mi palce na klawiaturze, a po plecach przechodzą dreszcze. Więcej nie będę podejmować próby odwiedzenia tego miejsca.
Nie wiem czy zainteresowała Was mała wzmianka o moich zainteresowaniach i dziwnych zjawiskach, z którymi się spotkałam. Chciałam się po prostu podzielić z Wami cząstką moich myśli, które nie zawsze to tylko kupa śmiechu i trochę przekleństw.