Na zdrowie z Dafi

Zacznijmy dziś od Karolowego suchara…
Przychodzi woda do kwasu i mówi- umówiłbyś się ze mną? A kwas na to- w zasadzie to jestem obojętny. Możecie się śmiać, suchar taki, że dam Wam wody, żebyście mogli zapić. Ale tak bez jaj, bez wody nie ma życia. Mądre głowy mówią, że chociaż te 2,5 litra wody dziennie wypić trzeba. Trzeba, coby organizm był zdrowy, skóra, włosy i każda najmniejsza cząsteczka naszego ciała działała jak trza. Bez wody pociągniemy najwyżej kilka dni i kaput, jak chcecie się nad kimś poznęcać czy torturować, polecam delikwenta pozbawić picia- omamy i ogłupienie gwarantowane. Albo nie, nie próbujcie 😉 Potem będzie na mnie…
Jeśli już rozwodzę się nad wodą, to na ostatnim spotkaniu blogerek Dafi obdarowało uczestniczki dzbanuchami filtrującymi. Przyznaję z ręką na sercu, że sama miałam w planie taki filtrak zakupić, bo już miałam dość ciągłego odkamieniania czajnika. Pamiętam wodę, którą pijałam w domu rodzinnym. Jeszcze zanim rezydencje zostały podłączone do wodociągu i każdy mieszkaniec miał własne ujęcie wody. Kurde- studnie po prostu każdy miał przy domu 😉 Słuchajcie ta woda miała fenomenalny smak. Oprócz „prawdziwej” studziennej wody, przed domem miałam przekurwaczystą rzeczkę i niedaleko źródła tej rzeczki. Źródlanka, którą w domu nazywaliśmy żabianką (fchuj żabów w rzeczce mieszka) też była super hiper smaczna. A potem narobili wodociągów, nawalili chloru i została tylko żabianka. W międzyczasie wyemigrowałam od Mamusi w wielki świat i no dupa, woda z miejskiej rury to nie jest to. Kamienia tu więcej jak w kamieniołomie. Czajnik musiałam odkamieniać co tydzień, choć i tak z lenistwa robiłam to co dwa. A teraz trafił do mnie filtrzak i…
…i o! Zero kamienia. Trzeci tydzień leję wodę z kranu w dzbanek filtrujący, a potem do czajnika i czajnik lśni! Normalnie po trzech tygodniach musiałabym łupać wnętrze czajnika jakąś maczetą rodem z Nowej Huty. Tymczasem kamienia nie ma, szok! Pozytywny szok. Herbata ma inny smak. Woda jest delikatniejsza, wiecie- ten osad nie jeździ po zębach. Po prostu woda jest smaczna.
Wystarczy nalać wodę z kranu przez otworek w pokrywce, zasunąć i w dwie minutki wszystko przecedza się przez filtr. Wszystko szybko się dzieje, nie trzeba czekać nie wiadomo ile. Widzicie te plamki przy otworze? Taaa woda jest zakamieniona jak cholera. Oczywiście filtr przecedzi też inne badziewie z kranu, nie tylko odsysa kamień, ale kamień widać, więc na jego przykładzie omawiam temat 😉 Przy rączce widzicie dobry bajer- „kalendarz”. Ustawiamy na nim kiedy włożyliśmy filtr i od tego momentu mamy około miesiąca na jego pracę. Po tym czasie kupujemy nowy, groszowa sprawa. Sam dzbanek to koszt 40- 50 złotych, więc też nie jest to jakiś ogromny wydatek.
Tak wygląda filtr od góry. Taki tam walec, wystarczy go wsadzić w dziurę i działa, żadna filozofia, proste rozwiązanie.
Niby to tylko dzbanek, a dla mnie aż dzbanek. Przydatny gadżet jeśli nie chcecie zakamienić sobie kiszek. Poza tym- ile można kupować tę mineralkę? Ile tych plastikowych flaszek człowiek kupuje? Ile kasy na to idzie? Masakra! a tak hop- siup. Woda do filtrzaka i gotowe. Oczywiście od czasu do czasu jakaś mineralka do uzupełnienia minerałów w organizmie jest wskazana, ale nie musimy latać co drugi dzień obładowani jak osły. Oszczędnie, zdrowo, wygodnie. Latem- woda, cytrynka, miód, mięta, lód i mamy pyszny napój 🙂 Wiecie co? Polecam 🙂