Śmieciucha (o)lśniła mi włosy

Mimo intensywnego tygodnia znalazłam chwilę dla moich kłaków oraz bloga.
Przedwczoraj  udało mi się zrobić PEELING KAWOWY.
Wczoraj na noc nałożyłam olejek migdałowy, z którym spędzam ten miesiąc.W sekrecie powiem Wam, że sprawdza się rewelacyjnie i wkrótce wystawię mu laurkę.
Tymczasem dzisiaj z okazji Dnia Kłaczanki zrobiłam pewną miksturę.
Na te otłuszczone włosy postanowiłam nałożyć coś ekstra. Polazłam do kuchni. Właściwie to do salonu, który wygląda jak „jebnął atom w róg chałupy”. Wszystkie pierdoły z kuchni leżą tam dzielnie i czekają na swoją kolej w moim życiu lub też na wypieprzenie w kosmos.
Byłam bardzo dzielna. Znalazłam jajko, nawet dwa. Ale co z jednym jajkiem będę szaleć? U licha! Przy mało po stokroć! Spomiędzy lodówki, a krzesła wyjęłam miód. Nooo to już coś. Jajka we włosy- dobry pomysł. Miód tym bardziej. Zawsze na mnie dobrze działał, czy to w herbacie czy na włosach. Solo- za słodki. Miód od Babci, nie jakieś popłuczyny ze sklepu. Babcia od miesiąca przesiaduje w ogródku, łapie pszczoły i wykręca je do słoika. Potem sobie latają takie wymiętolone. Kiedy już wygromaliłam się z miodem dostrzegłam oliwę. Oliwa z oliwek żeby nie było, że z czegoś innego. Prosto ze słonecznej Sycylii. Z mafią mam dobre układy, więc i sycylijskich smakołyków u mnie nie brakuje.
Tu miała być fotka tego czego użyłam, ale w tle taki rozgardiasz, że klękajcie narody.
Dlatego wkleję Wam inne zdjęcie mojego autorstwa.

Zezowaty ślimak jedzący (łac. zezus zjebusus ślimakus jedzącus ). Ej, wyobrażacie sobie mieć oczy na słupkach? Dobry bajer nie?
Wymieszałam jedno jajco z jakąś łyżką miodu i łyżką, może dwiema oliwy. Lałam na oko, bo nie mam pojęcia gdzie są łyżki. Wymieszałam dokładnie czymś co było pod ręką i poszłam do łazienki.
Pacze, pacze, a to jakieś rzadkie. To dowaliłam garstkę maseczki, która jest nie do zużycia, choć mam zamiar kiedyś ją zużyć.
Zdjęcie maski pojawia się po raz milionowy, ale cóż poradzę- jej pojemność pozwala mi na dodawanie jej do niemal wszystkiego prócz obiadu. Na obiad były pierogi. Od Mamy. Bo moja kuchnia jest w salonie, a salon chyba w ogródku 🙂
Po domieszaniu maski wyszła mi fajna piankowata prytka. Nadal luźna jak stolec po śliwkach z mlekiem, ale już na tyle sensowna, że we włosy dała się wetrzeć.
Nałożyłam, przykryłam czepkiem foliowym na to czapka i poszłam troszkę zapierdalać.
Maska pozostała na moim kaczym łbie na czas skrobania kleju z nowych płytek i czyszczenia pyłu, który jest wszędzie i jeszcze długo będzie mi towarzyszył. Chyba po dwóch lub trzech godzinach poszłam umyć jajecznicę.
Umyłam Facelle i jeszcze na dosłownie minutkę nałożyłam ODŻYWKĘ. Jakoś tak bez niczego po szamponie czuję się dziwnie. Jakoś tak nieswojo, jakoś tak jakbym otworzyła oczy, a ja stoję goluteńka na środku jakiejś międzynarodowej imprezy. Fantazja mnie ponosi.
W każdym razie włosy spłukałam, zawinęłam w ręcznik, wykąpałam się i po wyjściu z wanny w końcówki wtarłam olejek, całość spryskałam termikiem i wysuszyłam.
I tam tam tammm
Z prawej strony wdziera mi się słońce i włosy biją rudością. Kurwa polećcie mi farbę- hennę bez chemii, która nie spierdzieli z włosów po dwóch tygodniach.
Moja maseczka świetnie nabłyszczyła włosy (miodek). Usztywniła ( białko jajka- tak mi się wydaje). Nawilżyła (oliwa z oliwek).
Generalnie ( nie lubię tego słowa, ale mi pasowało) włosy są miękkie choć czuć, że nabrały sztywności- w pozytywnym znaczeniu tego słowa, ot nie latają jak puch. Są miłe w dotyku i ładnie się układają. Czuć, że są nawilżone, śliskie, takie żywo-żwawe, aż miło se pomacać. A ja macać lubię. Maseczka „śmieciucha” pozytywnie mnie zaskoczyła. Myślę, że jeszcze do niej wrócę, być może dorzucę jeszcze coś. Może jogurt? Może krew z kota? To się jeszcze zobaczy.
A Wy robicie takie śmieciuchy? Z tego co nawinie się pod rękę, a potem na głowę?