Eyeliner hot i not, czyli Lovely w dwóch odsłonach

Zajmijmy się dzisiaj oczyskami.
Lubię mieć podkreślone ślepia, czarny eyeliner to dla mnie jeden z ulubionych kosmetyków. Jak też wiecie nie lubię przepłacać, lubię dobre kosmetyki w niewygórowanych cenach. Od bardzo dawna używam jednego i tego samego mazaka do oczu. W międzyczasie z braku mojego ulubieńca- przetestowałam też jego brata czy tam siostrę. Niby to samo, a zupełnie co innego.
Dzisiaj będzie o moim ulubionym eyelainerze z serii Lovely (czyli od Wibo) wersja Matte czyli matowa. Oraz o jego złym bracie Glossy czyli ultraczarnym eyelinerze o wysokim połysku. Mat i błysk to tak na skróty 😉
Najpierw ten mat, którym jestem zachwycona.
Mała fioleczka ze dwa gramy, a mieści w sobie tyle radości! Łatwo się nakłada, posiada przyjemny w użyciu pędzelek. Kreska trzyma się cały dzień i nie pacia po wszystkim. Kolor jest intensywny i nie blaknie oraz nie znika cholera wie gdzie. Zasycha na tyle szybko, że nie zrobi krzywdy, a na tyle wolno, że można go poprawić. Nie uczula, nie ropieją mi gały, a kreska idealna za pierwszym pociągnięciem.
Kosztuje jakieś 7 złotych z kawałkiem, w Esesmanie oczywiście 😉 Daję Wam zbliżenia na opakowanie, bo nie chciałabym żeby ktoś go pomylił z jego złym bratem ;0 Ten jest w czarnym opakowaniu. Calutki.
Taka mała fiolka wystarcza mi na dobre trzy miesiące codziennego używania. Wydajny jak cholera. Przy demakijażu nie stawia oporów.
Ale Zły Błyszczący Brat to inna historia…
Kupiłam cholernika, bo mojego faworyta nie było. No niby na początku wydawało mi się, że podobny, a jednak nie. Fakt- kreska jest bardziej błyszcząca. Ale co z tego ?
Jest napisane, że ultraczarny, czy ja wiem…tak samo czarny jak tamten, tylko ten lekko połyskuje.
Jego konsystencja jest podobna jak poprzednika, z tą różnicą, że tamtego katuję i trzy miesiące, a ten już po jakichś dwóch tygodniach zamienia się w gluta i wlecze po powiece jak stara chabeta. Najgorsze jest to, że ten cwaniaczek tworzy efekt skorupy. Nie wiem jak lepiej to określić, ale tamten jakby się wchłania, a ten oblepia powiekę, tworzy taką skórkę, która potrafi spękać i schodzić płatkami. Masakra. To samo przy zmywaniu- ciągną się gluty, śpiochy, skorupki cholera wie co to. Takie gumowe chujstwa.
Dla porównania na mojej łapie błysk i mat. Różnią się tylko tym, że jeden jest lśniący, drugi nie, ale to złuda jak świecące próchno z lipy, jak ognik na bagnach, który mami zbłąkanego wędrowca. Nie dajcie się oszukać, błyszczący wywiedzie Was w pole gdzie rośnie staropolska grusza, która chroni plebejskiego uciekiniera ( tak „Miś” to mój hit 😉 ).
Widzicie jak błyszczący złazi płatami? Masakra. Matowy po prostu się zetrze jak przejedziemy go paluchem, a ta cholera tak złazi przez cały dzień.
Czyli Baby bierzcie matowy- jest świetny i uważajcie na błyszczącą dziadygę, bo jest do dupy.
Ktoś mnie ostatnio dopytywał o coś więcej „o mnie”. Coś więcej o mnie możecie znaleźć na moim drugim blogu. Nie lubię mówić o sobie, a tu chyba jedyny wpis tego typu KLIK . W ogóle zapraszam też na drugiego bloga, jeśli ktoś chce mnie lepiej poznać 😉