Laminowanie Marion- coś dla za leniwych na świńską nogę

Ten weekend moje włosy popamiętają na długo. Wczoraj zostały potraktowane super glutem, dzisiaj zostały pocieszone czymś co ładnie pachniało. Dzisiejszy eksperyment zdecydowanie bardziej mnie zadowolił.
Tym razem użyłam kolejnej niespodzianki zakupionej w Zjawie.

 Zabieg laminowania, proste i gładkie włosy. Marion.

Tak jak widać na powyższej fotografii zabieg siedzi w dwóch 10 ml saszetkach. Na moje szuwary jedna saszetka zdecydowanie wystarczyła na jednokrotne użycie. Druga niech se leży, aż se przypomnę 😉 Do tego turbo zestawu, za który zabuliłam 2,49 złociszo-grosiszy był dołączony również czepek. Fotki nie robiłam, bo był wyjątkowo nie w humorze na słit focie. Czepka nawet nie wyjęłam, bo użyłam innego, który jest taki sam czyli foliowy z gumką, który mi się poniewierał akurat po łazience.
To coś ulepione na składzie to nie ptasie gówno, tylko miejsce gdzie był doczepiony czepek właśnie. Poza tą niespodzianką możemy zauważyć skład, sposób użycia z głową wyimaginowanej użytkowniczki oraz to czym jest ten zabieg. Nie będę tego przepisywać, bo uważam, że jest to bez sensu. Kto chce ten sobie przeczyta na fotce o co chodzi. Nie ma potrzeby się powtarzać.
Napiszę może co się ze lnem działo. Mój len umyłam oczyszczaczem-zdzieraczem czyli piwną Barwą. Osuszyłam ręcznikiem. Następnie użyłam ostrego narzędzia, bo kot mnie wkurwiał pałętając się pod nogami ,bo chciałam ładnie uciąć górę saszetki żeby Wam pokazać co siedzi w środku.
W środku zaskoczył mnie miły, słodkawy, ale nie mdły zapach. Cóż za miła odskocznia po wczorajszym saszetkowaniu! Konsystencja mazi w strukturze przypomina woskowy balsam, gładki, zbity, ale jakby miękki. Taka zbita chmurka z nieba ugnieciona w woreczku 😉
Przeczesałam czuprynę (nienawidzę tego słowa), nałożyłam w miarę możliwości na całe włosy „balsamik”. Znowu przeczesałam sierść i wsadziłam wszystko pod czepek. Czepek omotałam jeszcze ręcznikiem i oddałam się innym czynnościom łazienkowym. Niby laminat miał siedzieć w świetnym (nie, nie w świętym) spokoju 10 do 15 minut, ale oczywiście zeszło mi dłużej. Niestety lub stety w łazience nie mam zegara, ale mogło to być tak około 30 minut lub coś w okolicach.
Zmyłam chujstwo. Myło się ładnie i pachniało też przyjemnie. Zawinęłam ręcznik. Zabalsamowałam w tym czasie zwłoki, założyłam ciuchy (tak, wcześniej byłam nago oj oj oj 😀 ). Wyciągnęłam futro, rozczesałam bez najmniejszego problemu, zavatikowałam końcówki i suszymy. Pomagałam sobie okrągłą szczotką i od czasu do czasu przeczesywałam taką normalną.
Włosy były szczęśliwe. Przede wszystkim wygładzone, miłe w dotyku, nic nie odstawało ( oprócz baby hair- ale one muszą po prostu urosnąć). Czy były super nawilżone? Może nie super, ale różnica jest. Błyszczą się też zdecydowanie bardziej.
Na zbliżeniu widać wygładzenie i błysk. I nie jest to bynajmniej błysk lampy. Zdjęcia robione w naturalnym świetle. Dzisiaj kolor jest jakby ciemniejszy, ale to chyba za sprawą zachmurzonego nieba na zewnątrz. Wczorajsze kłaczory wyglądały na trochę łaciate i rabate, bo słońce wskakiwało do pokoju. Ciężko określić jaki kolor mam na głowie- niby czarny, ale wpadający w brąz, taki jakiś nieokreślony, ale całkiem ok.
Dzisiejszą zabawę z Marionowym laminowaniem polecam. Nie jest to efekt jakiś strasznie spektakularny, ale zdecydowanie poprawia wygląd włosów.
Wcześniej zabawiałam się ze świńską nogą, ten preparat jest uproszczoną wersją. Efekty są porównywalne, chociaż po żelatynie włosy były miększe. Z gotowym produktem jest za to mniej pierdolenia, że tak się wyrażę w prost. Dla leniwych- jak najbardziej wygodniejsza opcja.