Kompletna regeneracja włosów w 5 godzin! Rewelacja!

Kolejny raz z kalendarzem Adwentowym Anwenowym 😉
Dzień włosów tym razem spędziłam na kolorowaniu kłączy.
Dużą część mojego długiego życia spędziłam na farbowaniu/ malowaniu włosów. ( W różnych regionach różne nazewnictwo, ja mówię malować, ale jak zauważyłam wiele dziewczyn uważa, że jest to jakiś błąd, więc na wstępie mówię, że gówno prawda- obie wersje są poprawne. Koniec wojny 😀 )
Na głowie miałam wszystkie kolory tęczy oprócz zieleni i niebieskiego. Kiedyś spróbuję opisać historię moich włosów. Od wielu lat mój faworyt to kruczoczarne włosy. Niestety chemiczne farby przerzedziły moje niegdyś gęste sierściuszki. Pod koniec ubiegłego roku usłyszałam o świetnym działaniu henny. Po przekopaniu internetów wywnioskowałam, że Henna Khadi będzie najlepsza.
Od razu kupiłam dwa pudełeczka- Khadi w kolorze czarnym oraz w kolorze indygo. Z racji tego, że indygo mogłoby nie chwycić moich wymordowanych włosów postanowiłam pomalować najpierw dwa razy wersją czarną i dopiero później przejść na indygo.
Kartonowe pudełeczka henny po około 25 złotych za sztukę nabyłam na Alledrogo. W środku siedzi sproszkowane zielsko zapakowane w sto milionów woreczków- dokładnie w dwa. W zestawie znajdziemy też foliowy czepek jak z mięsnego sklepu tylko, że inny oraz chujowe za duże rękawiczki. Kupiłam więc rękawiczki lateksowe, które lepiej trzymają się dłoni, a te z pudełka zużyje do czyszczenia kibla.
Oczywiście producent zaleca zużyć na jedno farbowanie całą zawartość, ale z racji tego, że jestem pazerna podzieliłam pyłek na dwa malowania i o dziwo było to świetne rozwiązanie. Połówka wystarczyła na moje mysie ogonki.
Dzisiaj zajmiemy się wersją black. Po raz drugi malowałam nią włosy. Po raz drugi wymieszałam tylko z wodą, mimo iż niektórzy dodają soki z dziwnych owoców, odstawiają na noc, szepczą zaklęcia, dodają nogę nietoperza i krew z dziewic (gdzie Wy do licha dziewice znajdujecie ? ). Woda to woda- na pewno nie zaszkodzi, a mikstur nie będę ryzykować. Tym bardziej, że woda sprawdza się bardzo dobrze. Najwięcej gimnastyki było z odpowiednią temperaturą. Musiałam wywęszyć termometr, który po zakrojonych na szeroką skalę poszukiwaniach znalazłam w sklepie agd, który w asortymencie ma wszystko i jeszcze więcej.
Przed koloryzacją umyłam włosy Barwą piwną, która to jest zdzieraczem bez grama silikonów i innego śmiecia.
Pół paczuszki henny rozmachałam z wodą o temperaturze 50 stopni pana Celsjusza na gładką masę o konsystencji śmietany.
Wiem, że na moim blogu często pada słowo „gówno” tym razem…też padnie. Bo znowu coś wygląda jak gówno, z tym, że to jakby takie poszpinakowe.
Jak każdy wie wygląd się nie liczy- liczy się wnętrze. Zapach też się liczy. A w tym przypadku zapach jest niesamowity. Jebie strasznie! Chociaż wolę ten zapach niż smród amoniaku. Według różnych źródeł zapach jest różny. Dla mnie pachnie jeżem, który wyszedł z siana lub bardziej poetycko- sianem, które zostało potraktowane letnim deszczem po czym zaczęło parować. Dla pewnej Magdaleny o boskich włosach- jest to zapach identyczny z zapachem kiedy królik zsika się w sianko. Dla pewnej Patrycji- wali moczem. Nie wiem co na to Ibisz… Jak zwał tak zwał- fiołkami nie pachnie, ale zapach nie jest jakiś strasznie denerwujący.
Na głowie wygląda jak przetrawiony szpinak.
Nakładanie na włosy nie sprawia mi problemów, tym bardziej, że nie nakładałam sama. Wysłużyłam się zdolnymi rękoma koleżanki. Jeśli nakładałabym sama wszystko wokół byłoby uwalone na zielono. Oprócz moich włosów prawdopodobnie…
Na ten kopiec kreta zapodałam czepek (ten z mięsnego tylko, że inny) oraz czapkę z Pepco i sobie poszłam. Oglądałam filmy, robiłam nieistotne rzeczy i tak przez 5 godzin.
Hennę zmywamy samą wodą. Wbrew temu co ludzie gadają henna ani za pierwszym, ani za drugim razem nic mi nie pobrudziła. Ręcznik czysty, skóra czysta no nic nie ujebane. Szał!
W słońcu włosy trącą wiewiórką. Nie jest to czarny czarny tylko czarny z ciepłym połyskiem.
Mimo to wolę świecić się rudym fałszywcem, niż linieć z chemicznymi farbami. Mam nadzieję, że kolejne farbowanie z indygo zniweluje rudości.
Włosy tuż po malowaniu są lekko podsuszone (zioła) ale za to wydaje się ich być więcej. Są jakby grubsze, po remoncie.
Po dwóch dniach na noc namaściłam się olejkiem Khadi , a rano umyłam kudły. Maseczka, chwila oddechu, spłukiwanie i włosy jak nowe.
Henna trzyma się dobrze, nieznacznie się wypłukuje, na szczęście na tyle równo, że nie widać, jedynie w słońcu z czasem włosy lekko rudzieją.
Dzięki hennie moje włosy odetchnęły. Nie morduję ich już farbami drogeryjnymi czy profesjonalnymi. Żadne ale to żadne farby nie są dobre. I nikt mi nie powie, że jakaś tam farba nie niszczy. Niszczy. Każda! A henna regeneruje, odżywia, wzmacnia, zapobiega wypadaniu, dodaje blasku, wizualnie pogrubia. Same zalety.
Będę jej wierna jak pies. (Suka?- suka brzmi źle 😉 ).
 PS. Jestem ciekawa, kto tym razem wszedł tu zwiedziony podstępnym tytułem 😀