Aloes- eksperyment, który ujarzmił mi włosy

Wczorajsza niedziela została zasponsorowana przez moje przesadzanie kwiatków 😉
Przesadzałam mojego pięknego aloesa od Babci i tak wyszło, że uwaliłam mu dwa „liście” 🙂
Jak wiadomo, aloes ma cudowne właściwości. Od kiedy pamiętam w moim domu było co najmniej kilka tych roślinek. Przekrojony listek pomagał na drobne oparzenia, ranki, zadrapania i wszelkie podrażnienia. O tej cudownej roślinie można by było pisać w nieskończoność, ale od czego są internety- nie będę powielać- kto ma ochotę znaleźć więcej info wujaszek Gogiel pomoże 😉
Szkoda mi było wywalać dwóch odnóżek, więc postanowiłam je spożytkować na włosy. Najlepiej byłoby przyrządzić maseczkę z miąższu aloesowego, miodu i soku z cytryny. Ale miód wychlałam z zieloną herbatą (mój nałóg) więc zostały mi same gałęzie.
Umyłam cholerstwo, obcięłam kolce i ściachałam na małe cząstki, bo nie chciało mi się wybierać galaretki. Wszystko (oprócz kolców) wrzuciłam w opakowanie po maśle do ciała i wytelepałam, żeby wydobyć sok. Potem jeszcze wymiętoliłam resztki z cząsteczek, żeby nic się nie zmarnowało.
Wyszło z tego jakieś 50 mililitrów soku z resztkami liści. Umyłam włosy Facelle. Początkowo zakładałam, że natrę włosy samych sokiem, ale mi nie szło. Skórkami które mi zostały natarłam skórę głowy, sucharki wywaliłam, a do soku dodałam odżywki.
Taka zwykła Ziajka. Zupełnie obojętna dla moich włosów, nie robi chyba nic oprócz tego, że ładnie pachnie winogronami i pomaga w rozczesywaniu włosów. Dlatego dodałam właśnie jej- żeby mieć pewność, że nie ma wpływu na mój eksperyment, a wszystko inne to sprawka aloesowych czarów.
Tutaj macie wszelkie info na jej temat. Nie ma co się więcej rozpisywać, bo odżywka to zwyklaczek- ani ziębi ani grzeje.
Moja mikstura- sok z aloesu plus ziajka dała mi konsystencję mleczka. Trochę ciężko było tę miksturę nałożyć, ale się udało. Założyłam czepek i czapkę i zostawiłam eksperyment w świetnym spokoju na około pół godziny. Aloes lekko mrowił w skórę głowy, ale było to raczej przyjemne uczucie. Coś się działo. I z góry zakładałam, że same dobre rzeczy, bo przecież aloes ma właściwości odżywiające, kojące, nawilżające i sto innych.
Mikstura ładnie się zmyła. Wysuszyłam włosy na szczotce i moim oczom ukazały się ładne włosy.
Ostatnimi czasy na włosy już nie narzekam, bo daję im tyle dobra ile przez całe życie nie doświadczyły 😉 Mimo to aloesowy sok prosto z drzewa ( Aloes, którego użyłam to aloes drzewiasty 😉 ) dał mi coś innego niż wszystkie dotychczas sprawdzone eksperymenty. Włosy ładnie się błyszczą, są jakby cięższe , dociążone. Moja sierść jest z natury miękka i delikatna jak kaczy puszek, albo dziecięce włosy. Dzięki aloesowi włosy nie latają na wietrze jak oszalałe tylko miło ciążą w dół. Nie są przylizane, czy nie miłe w dotyku, ale tak fajnie ujarzmione. To bardzo duży plus dla mnie. Co poza tym zaobserwowałam? Włosy dłużej pozostają świeże, wolniej się przetłuszczają. Może nie jakoś drastycznie, ale zauważyłam różnicę. Minusów nie ma. Plusów może też nie ma jakoś strasznie dużo, ale teraz już wiem czym uspokoić moje niesforne  kacze włosy 😉 To pierwszy „produkt”, który bez skutków ubocznych tak zadziałał i dlatego powtórzę ten eksperyment ponownie. Wkrótce zaopatrzę się w świeży  miodek prosto z pasieki i pobawię się w trzyskładnikową maskę, o której wspominałam na początku 🙂
Efekt na włosach wygląda tak…
…fociszcze robione w słońcu, bez lamp i żadnych przeróbek. Tak mniej więcej moje kłaczory wyglądają w rzeczywistości. Widać, że aloes ładnie je „usztywnił”, leżą spokojnie mimo wiatru i nie latają we wszystkie strony świata.
Sorry za wsiową bluzę, ale zarzuciłam se ot tak i przycupnęłam na schodkach przy domu 😉 No i cycki, macie cycki 😉
A czy Wy eksperymentujecie z różnymi dziwactwami, roślinkami czy innym czymś ?