Menu

piątek, 5 maja 2017

All inclusive dla Januszy?

Najpopularniejsze wakacyjne kierunki blogerskie to chyba Malta, Islandia, Teneryfa, czasami odleglejsze miejsca. Są oczywiście i tacy blogerzy, którzy bujają się po świecie w ramach współprac (jestem otwarta na propozycje😄). Ale ok, nie wszyscy mogą sobie polatać na czyjś koszt. Szukając informacji o fajnych wczasach natykamy się na artykuły, że najlepiej wszystko zorganizować samemu. Nie warto jeździć na all inclusive, bo drogo, brak swobody i w ogóle jest to passe. Olinkluziwy są dla frajerów, Januszy i ograniczonych. Ale czy rzeczywiście? 


Możecie mnie mieć za Janusza, ale jeżdżę na olinkluziwy. (No w sumie, to jestem taką Grażyną Blogosfery). Nie powiedziałabym, że to złe rozwiązanie. Cały rok zapierdalam jak osioł. Zawsze jestem zorganizowana, poukładana i gotowa do działania. Kiedy gdzieś jadę odpocząć, chcę odpocząć i nie myśleć o całej organizacji, sracji. Oczywiście mówię tu o wyjazdach zagranicznych, bo Polska jest na tyle nierozległa, że bukuję hotel, siadam i jadę. Kiedy mam czas na tydzień lenistwa w ciepłym miejscu z gwarantowaną pogodą, jadę do biura w Lublinie i Pani Elizka zawsze znajdzie coś fajnego.(Więcej o biurze i organizacji pisałam w tekście Wywczas z Pudernicą- Fuerteventura (1)). Moje wymagania nie są jakoś wygórowane, ma być dobre jedzenie, ma być ładnie, nie może być na zadupiu i kraj ma być bezpieczny. Tyle. W kilka minut mam kilka ofert przed nosem, miejsca osobiście sprawdzone przez pracowników biura, którzy nie naciągają i potrafią doradzić. Żeby jeszcze bardziej pokazać swoje januszostwo wybieram wakacje last minute. Po co przepłacać? Oczywiście mogę dopłacić za fajne miejsce, nie wybieram byle gówna patrząc tylko na cenę, ale jeśli mam do wyboru lasta z czterema gwiazdkami za 2 tysiące, to wolę to, niż cztery gwiazdki pół kilometra dalej i miesiąc później za 2,5 tysiaka. Poza tym u mnie ciężko z czasem i nie jestem w stanie zaplanować wakacji z dużym wyprzedzeniem. W ubiegłym roku wcale nie zdążyłam z dalszym wyjazdem😆Kiedy już uda mi się coś wybrać swoje kroki kieruję do Empiku. Kupuję przewodnik. Mam jakieś 2-3 dni na spakowanie i przewertowanie internetów pod kątem danej miejscówki i  lecimy. 

W samolocie ogarniam przewodnik i męczę ludzi, którzy już w danym miejscu byli, żeby powiedzieli mi co warto zobaczyć. Nigdy nie korzystam z wycieczek organizowanych przez biuro i nie ufam rezydentom. Wynajęcie samochodu i wycieczki na miejscu we własnym zakresie, to tańsza i lepsza opcja i nikt nas nie ogranicza. Po co mi w takim razie to całe All Inclusive? Mam zapewniony transfer z i na lotnisko, nie muszę się martwić o ogarnianie auta, czy czegoś tam, żeby dojechać z lotniska do hotelu na przykład o trzeciej w nocy. Po to żeby wstać i pójść się nawpierdalać, a ja lubię zjeść dużo i smacznie. Chcę wyjść na miasto i wiedzieć, że po powrocie do hotelu czeka mnie smaczny obiad czy kolacja. Nie muszę szukać knajp na własną rękę, ale oczywiście kiedy mam ochotę to z nich korzystam. Będąc na wakacjach i tak ogarniam jakieś lokalne wypady, ale bez spiny. Lubię mieć dostęp do wszystkiego w hotelu nie martwiąc się o dopłaty. Płacę przed wyjazdem i mam z bani. Ponieważ szkoda mi czasu na leżenie plackiem na plaży, dużo zwiedzam, ale hotel wybieram raczej w miejscach atrakcyjnych turystycznie, żeby nie musieć się zbytnio oddalać, nie lubię marnowania cennych godzin na jazdę samochodem w odległe zakątki. A kiedy jestem już wystarczająco zmęczona aktywnym wypoczynkiem, moja dupa praży się w słońcu na plaży lub przy basenie, a obsługa podaje mi drinki i wtedy właśnie czuję, że mam wakacje. O. 

Zajebiste bikini!
Jednym słowem last minute plus all inclusive to mimo wszystko swoboda i wygoda. Nie czuję się uwiązana do hotelu, ale mam tam wszystko i do bólu za małą kasę. Tak...uwierzcie mi, że tydzień w Trójmieście dla dwóch osób wychodzi drożej niż ta sama opcja w Grecji na przykład. Taki wywczas zagranicom dla Januszy, to też święty spokój. Wybieram hotel z chujowym wifi, żeby mnie robota, ani jakieś social media nie kusiły i w końcu odpoczywam. Mogę leżeć, mogę siedzieć, mogę wisieć. Pływać nie mogę, bo nie umiem.

Oczywiście nie potępiam wakacji na własną rękę, czy tam i nawet nogę, ale wiecie co? Nie chce mi się. Wakacje to moja działka, ja je organizuję i kurwa nie chce mi się myśleć o tym i planować przez pół roku. Siadam, jadę i mam w dupie wszystko. A jak coś mi nie gra, zawsze mogę zadzwonić do Pani Elizy i ona stawia na nogi wszechświat, żeby było dobrze. Zawsze jest jednak tak dobrze, że nigdzie nie muszę dzwonić i mogę oddać się nicnierobieniu.


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Szablon by: Panna Vejjs.