Menu

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Czym smakuje Wasze dzieciństwo?



Za chwilkę święta. Zatrzęsienie świątecznych postów może przytłoczyć. Kiedyś tam pisałam już o świętach, więc możecie zajrzeć do mojej blogowej, archiwalnej poezji- Dżingubels. Nie chce mi się wybierać prezentów na blogowej łiszliście, nie chce mi się wałkować tego tematu. Jest jednak jedna rzecz, która troszkę ze świętami się wiąże, a którą uwielbiam- jedzenie! 



Jak widzicie, od zawsze bardziej wolałam jeść, niż gotować. Ale, że z Matką Boską już nie mieszkam od kilku lat, to i gotować trzeba, bo co jak co, ale nawpierdalać to ja się lubię. Mój brat chyba do dziś czuje się w kuchni lepiej niż ja, ale i ja zrobiłam postępy, od przypalania wody- do całkiem awangardowych obiadów doszłam. Nie jest źle. Mimo wszystko chętnie wracam do lat, kiedy byliśmy karłami i jadało się to czy tamto. 

Jako odwieczny wykolejeniec, nigdy nie przepadałam za słodyczami. Jadłam, ale dozowałam sobie i do dziś tak robię, bo jedna kostka czekolady zamula mnie na miesiąc. Kiedy cofnę się do czasów karlicy, pamiętam, że miałam dwa specjalne zeszyty, do których wklejałam etykietki ze słodyczy. Czy ktoś jeszcze pamięta czekoladę Danusię? Zeszyty były nie byle jakie, bo kolorowe, zdobyte gdzieś cudem przez Matkę Boską. Wiecie, to były czasy, kiedy powszechne były jeszcze bruliony w szarych okładkach, z nadrukiem kamienic z różnych miast Polski. A ja miałam kolorowe, czcigodne i najprawdziwsze, zachodnie zeszyty. Szał. I szły tam etykietki. Na honorowym miejscu wkleiłam papierek po gumach Hollywood. To był rarytas! Wujek z Warszawy przywiózł paczuszkę gum do żucia. Nie było jeszcze Orbitek. Holiłudy były pierwszymi i bardzo pożądanymi relikwiami zachodu. Podzieliłam się zdobyczą, z siostrą mamy, którą zawsze traktowałam jak moją, starszą siostrę. Wyszło nam po 2 i pół listka. Dzieliłyśmy dzielnie, ale to ona zaiwaniła główne opakowanie- żeby nosić w plecaku, na widoku ;)

Zbierałam też figurki z Jajek Niespodzianek, czekolada średnio mi szła, ale zawartość stała na półce w moim pokoju. Co sobotę ściągałam wszystkie artefakty,czyściłam wszystko i ustawiałam od nowa, a były tego dziesiątki, może i setki. Wracając do czekolady- kiedyś Matka Boska kupiła nam Nutellę, nowość, szał i omajgad. Po kilku kanapkach chyba się porzygaliśmy, a słoik z drogocenną mazią dostały sikorki. Nie wiem czy rzygały. Oczywiście żarłam na sucho Vibowit, a na odpust szłam, żeby kupić picie w woreczku i watę cukrową. Wracałam oblepiona, a za mną leciało stado os. Ze słodkości lubiłam cukierki pudrowe i batony Pawełki, które regularnie dostarczał nam dziadek. Właściwie pradziadek. Ale te Pawełki, to były inne Pawełki! Więcej w nich było alkoholu, niż czekolady! Ale jakoś nikt się nie czepiał, a i nikt najebany nie chodził. Chyba. Pawełki miały inne opakowania- sreberko i na wierzchu nakładany papierek. 


Flipsy kukurydziane dostarczała ciotka. Dostarczała je na tony, bo akurat w Zamościu otworzono pierwszy market, chyba Max, jak dobrze pamiętam. Jak już nie mogliśmy ich jeść, sklejaliśmy z nich zwierzątka. Na ślinę oczywiście. Mama była dealerem gum do żucia. Codziennie dostawaliśmy po jednej. Chyba, że coś odpierdoliliśmy, to była kara i nie dostawaliśmy nic. Świetna metoda wychowawcza- bez krzyków i klapsów. Da się? Się da! Historyjki z Turbo i Donalda. Katalogi z naklejkami z Barbie, Dynastią, Gremlinami, A potem guma Alf, pewnie rakotwórcza, ale język pozostawał granatowy na trzy dni. A propos rakotwórczych pychotek. Kukuruku! To był wafel! Dziadek Stanisław kupował codziennie po wafli i chleb z buzią. Codzienny rytuał jedzenia buzi i Kukuruku. A ta buzia, to był pęknięty chleb. Teraz chleby nie pękają. Nie smakują tez, jak ten z piekarni przy parku. 

Wpieprzało się papierówki z robakiem, wytarte o spodnie, orzechy prosto z leszczyny, suszone na grzejniku jabłka, co to był za smak! Zielone, ledwie muśnięte słońcem truskawki w glinie, rzodkiewka i młoda marchewka opłukana pod rynną, w deszczówce. Jedliśmy też grzyby, które wcześniej sami zbieraliśmy. Do dziś dziwi mnie, jak ktoś może pomylić kanię z muchomorem. Nam się nie zdarzało. Przecież żyjemy. Jedliśmy to wszystko i nic nam nie jest! A jak nam się jeść nie chciało, to nikt siłą do stołu nie ciągnął. Cały dzień lataliśmy po dworze, czasem wpadliśmy do kuchni, żeby złapać w brudną rękę, chleb ze śmietaną i cukrem i dalej do zabawy. Po takich harcach, nikt nas nie musiał namawiać do jedzenia-  obiad od Mamy, potem obiad od Babci i można było zaczynać kolacje. A na deser prażynki okienka, prosto z gara pełnego oleju. 


A rękę do przypraw mam po Babci Gieni. Ręce Babci sypiąc pieprz lubiły się wygłupić, Babcia zawsze mówiła, że nad garnkiem zawsze jej się ręka trzępci. I ja zawsze trzępnę. Jak mi się sypnie, to nawet herbata wychodzi pikantna, a ja lubię pikantne dania. Cebularze Babci Gieni, to było mistrzostwo świata! Oczywiście pieprzu tyle co cebuli. A ten zapach, ah! Albo pierogi z kominkami. Kominki to takie grzyby ;) I dużooo pieprzu. Mleka od krowy nie piłam, bo nienawidzę mleka, tak samo jak wątróbki, ale tylko te dwie rzeczy są u mnie zakazane. Za to podjadałam parowane kartofle dla świń haha :D Lubię kartofle. 

A jedliście kiedyś fuszer? W zależności od regionu fuszer ma różne nazwy- kulesza, lemieszka, prażucha, chałajda, ale i tak najlepsza nazwa to psiocha :) Takie tam kartofle tłuczone z wodą i mąką, polane tłuszczem ze skwarkami i cebulką- samo zdrowie i jem do dziś. Może dlatego od lat ważę 50 kg? Dieta cud. W domu robiło się tez kutaski, przez wiele lat nazywane kociaczkami, żebyśmy przypadkiem w szkole nie powtórzyli, czym nas Matka Boska karmi. Kutaski to po prostu paluszki serowe, smażone jak pączki i obtaczane w cukrze pudrze. Podobno dzieci nie lubią szpinaku. Gówno prawda, kocham do dziś. A jeszcze lepsza od szpinaku była chabetuła ( zwana tez chałajdą). Taki dziki szpinak. A na prawdę- lebioda, nazywana tez komosą białą. Dopiero niedawno doczytałam, że starsze okazy mogą być trujące. Dziwne, zawsze to jadłam na tony i nawet sraczki nie miałam. Podjadałam też świeże wędliny prosto z wędzarni. Zalewałam sałatę rozgrzanym tłuszczem z jajecznicą. Topiłam (nadal to robię) biały ser, który kilka dni stał w cieple, do tego jajeczko i domowy ser topiony gotowy. Pycha. Jabczanka- czyli zupa owocowa z jabłek. Ciasto z pierogów pieczone na blasze, fajerce, na piecu kaflowym. Nazywałam ten rarytas podeszwami, albo sarniną. Czemu sarnina? Bo jak mama powycinała kółka na pierogowe skórki, to zostawały takie fifraki jak sarenki, więc sarnina. A najlepsze ciasto? Przaśniak od Babci, albo biszkopt z truskawkami. 

Nikt nie chorował, nikt nie narzekał. No dobra. Jest taka jedna historia z jedzeniem i narzekaniem. Odwiedzili mnie dwaj sąsiedzi, dalecy kuzyni. Jeden rok, drugi dwa lata starszy. Bawiliśmy się w piaskownicy. Zrobiłam im pyszne babki piaskowe i kazałam im jeść. Nie chcieli. Zebrali zjebkę. Kto to widział, przyjść w goście i jedzenia odmawiać?! Stałam nad nimi, a oni jedli i płakali. Zjedli do czysta. Mi się nie odmawia. Na zdrowie. 

A Wy jakie smaki pamiętacie z dzieciństwa? Za czym tęsknicie, a co robicie do dziś w swoich kuchniach? 



26 komentarzy

  1. "Wiśnianka" czyli zupa owocowa ;) uwielbiałam i uwielbiam ją nadal ;) napoje w woreczkach :D i lepinie na śliną chrupek ;) też to robiłam hehe ;) jak Ty to napisałaś okienka smażone na oleju (ja mówie na nie krateczki) nadal smaże i moje smerfy je wcinają a marchewka z ogródka najlepsza wytarta o spodnie :D moje dzieci tak robią :D albo kluski "rwane" na mleku mmmniam.. zgłodniałam przez Ciebie :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nooo jeszcze śliwczanka, jagodzianka i inne takie ;) Kluski lane lubię z mleka wyłowić, byle mleko omijać i musi być dużo soli, żeby smród tego mleka zabić , ja to jednak dziwna jestem ;)

      Usuń
  2. jabłka suszone na grzejniku <3 marchewka prosto z pola <3 prażynki okienka <3 zatęskniłam za tymi smakami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Większość w sumie do odwzorowania :) Da się zrobić :)

      Usuń
  3. w sumie nie mam jakichś specjalnych jedzeniowym wspomnień. uwielbiałam słodycze i jadłam tonami. ale później chorowałam i bolał mnie brzuch. nieraz przez cała noc. na szczęście zawsze rano wszystko mijało i można było zacząć od nowa. jadłam też vibovit na sucho, kakao rozpuszczalne na sucho. w ogóle strasznie dużo tego kakaa sypałam zawsze do kaszy manny. to się nazywało kaszojad. moje ulubione śniadanie z dzieciństwa. nienawidziłam natomiast resztek vegety w zupie. to było fuj takie malutkie kawałki marchewki. zawsze je wygrzebywałam. to była kupa roboty i zanim oczyściłam zupę, była już zimna. później mama się zlitowała i zaczęła mi ją lać przez sitko ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaszojada nie jadałam :D Fajna nazwa :)
      Ale przypomniałaś mi, że lubiłam też kaszę mannę polaną sokiem malinowym. Kasza musiałą być zwarta, a nie rzadka, bo takiej bym nie tknęła. I jeszcze wyjadałam na sucho takie suche herbatki w granulkach, chyba Herbapol, ale nie mam pewności :D W każdym razie były dobre :D

      Usuń
  4. Pamiętam kukuruku-(to jest nowe cudo z masy kakaowej,nadziewana kokainą i od tego dzieci giną;)tak się śpiewało kiedyś:))i te naklejki.Moja mama zawsze kupowała duzy blister gum Donald,które też miałam wydzielane w "nagrodę"i obowiązkowo zbieranie historyjek:)Jaka to była radość kiedy szło się z mamą do sklepu i przynosiło wodę gazowaną"Anka" w duzej szklanej butelce a potem piło w upały z sokiem.....mmm...pychota.Lalki Barbie za dolary z Pewexu to było coś;)mojej pierwszej jak umyłam głowę i wysuszylam włosy na grzejniku to się dziwnie te włosy posklejały jak guma.Pamiętam,ze były też takie desery,które wygladały jak jogurt a w środku miały albo białą albo mleczną czekoladę a na opakowaniu chyba Barbie byla narysowana,teraz nie pamiętam nazwy.Wchodziło się do sklepu to obowiązkowo ciepłe lody,serek waniliowy,lizaki okrągłe z kwiatkiem....eh jest co wspominać:)A jak dostałam ruską gierkę Wilk i Zając co zbierało się jajka....to rodzice mieli mnie z głowy;))Pozdrowionka!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serek, ciepłe lody i lizak z kwiatkiem też u mnie szły. Do tej pory czasem kupię lodzika hehe ;) Ale smakują chyba inaczej... U mnie akurat Anka nie królowała, babcia kompot robiła :)
      Miałam dwie Barbie i Kena. Jedna była za grube miliony, no bo wtedy były miliony hehe :D Obie dostały ode mnie makijaże lakierami do paznokci i pasemka we włosach- tutaj przydały się flamastry :D Potem było przycinanie, a potem lalki spadły z plastikowego konia i już się mi znudziły, udawałam, że są po wypadku i nie można ich ruszać :D

      Usuń
  5. Psiocha! Moja mama to robiła hihi, a czytalam post mojemu mężowi i mu z kolei ten ser topiony przypomniał dzieciństwo, oczywiście muszę zrobić..,alee czy zdradzisz mi przepis? Jestes smakoszem degustatorem :) i bardziej ufam Tobie niż przepisom googlowych

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze mnie taka kucharka jak z koziej dupy trąba ;) Biere prosze ja ciebie syr, najlepiej jakbyś mogła zdobyć taki wsiowy, prawdziwy. Kruszę w miseczkę, walę sól, kminek całe ziarnka, jakieś przyprawy, które mi się nawiną- co tam lubisz. Kurkuma daje fajowy kolorek to tez jak mam, to dam.Przykrywam szczelnie woreczkiem i stawiam w ciepłe miejsce i tak stoi ze 3 dni, aż zacznie podśmiergiwać. Od czasu do czasu odkrywam i przemieszowuję ;) Jak juz wali srogo skarpetą, to walę go na patelnię, czy co tam mam i na wolnym ogniu topię mieszając żeby się nie przyczepił. I tak merdam, merdam, aż żadnej grudki nie ma. Jak juz się wlecze wbijam jajko i szybko rozmieszowywowuję, coby się nie ścięło na wierzchu. Jeszcze chwilę mieszam i smażę, a potem hopla w michę i wpierdalam. Smacznego :*

      Usuń
  6. Piękny post. Sentymentalny. :) Wstyd się przyznać, ale ja z własnego domu mam mało takich sentymentalnych smakowych wspomnień - wszystko to, co było gotowane kiedyś, jest gotowane u mojej mamy do dziś. Żadnych zamierzchłości. Pochodzę z takiego domu, gdzie wszystko było dość nowoczesne już za dzieciaka - wtedy to miało same plusy, teraz... chciałabym tak wspominać. :) Ale wspominam zupę pomidorową z ziemniakami i śmietaną, którą podawał nam (całej ferajnie wnucząt) mój wspaniały, ś.p. Dziadek. To były delicje! Do dziś potrafię sobie zalać ziemniaki zupą pomidorową i znów czuję się tak, jakbym była u Dziadka w kuchni. :) W głowie słyszę jego wesoły głos, który oznajmia nam "Zajadać i nie gadać! To potem poszukam dla Was czegoś słodkiego!".

    Co do jedzenia niezdrowych rzeczy, latania z brudnymi łapami, to fakt. Tak było. Nikt się nie martwił. Jadło się owoce z drzewa, jak z robakiem, to się wypieprzało i brało nowy owoc. :D Pamiętam świeży agrest u babci, słodkie, wielkie czereśnie prosto z gałęzi. To były czasy. ;)

    Za moich czasów garściami żarło się gumy CenterShock - takie kulki z mega kwaśnym nadzieniem, na samą myśl mnie wykrzywiło, słowo daję. :D Ale uwielbialiśmy to - kosztowały chyba 20gr/sztuka u babci na osiedlu w sklepie. Mniam, chętnie pożułabym to świństwo ponownie. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O gumy szoki, faktycznie! Tak kwaśne, że aż gorzkie :) Też je lubiłam :)
      Jednak troszkę wspomnień masz- i z Dziadziem i z jabłkami z robakiem, coś tam jest ;)

      Usuń
    2. Tak, momenty u Dziadka i Babci wspominam wspaniale. :) W ich domu było inaczej, niż u nas. :)

      Usuń
    3. U dziadków, to chyba zawsze jest fajnie i inaczej ;)

      Usuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. Mleko od krowy i to z pianką, to jest pychota, a najlepsze takie prosto z cyca krowy!!! Piłam i choć to nie bardzo bezpieczne, ja też nadal żyję :D. Wątróbki nienawidzę! Oj tęsknie za takimi rarytasami. Przypomniałaś mi moje dzieciństwo, za którym cholernie tęsknie. Wychowana prawie, że na wsi wszystko jadłam z ziemi, surowe i brudne. A najbardziej pamiętam i tęsknie za kartoflami prosto z parnika - takie wiesz, dla świń co się robiło - tez podkradałam Omniommniommniom...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No kartofle świnskie to teraz rarytas eko wege pewnie by był :D

      Usuń
  9. Jako mała dziewczynka uwielbiałam nawpieprzać się ile tylko mamuśka na talerz nałożyła plus kilka dokładek a jak chuda byłam tak byłam. Uwielbiałam polskie dania typu bigos, pierogi czy flaki i z tym dzieciństwo mi się kojarzy :) teraz jednak zjeśc lubię ale później są wyrzuty sumienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi póki dupa nie rośnie to nie mam żadnych wyrzutów, jem na zaś, bo jeszcze kiedyś mi się metabolizm zepsuje heheh :D

      Usuń
  10. jabłka suszone na grzejniku, oo Pudernico! naobieram w śreta i ususze!!!

    OdpowiedzUsuń
  11. ah i nienawidze mleka, ale ziemniaki to same moge jesc. babcia zawsze krzyczy 'co Ty swinia ze tyko kartofle jesz' :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja kartofle ze śmietaną 18% krasnostawską i solą do dziś wcinam, czasem jak mnie najdzie to aż mi ręka chodzi byle się tylko tym napchać ;)

      Usuń
    2. ja preferuje z zsiadłym mlekiem a na wierchu ziemniaczkow kawałeczki masełka które powolutku sie rozpuszcaja + koperek opcjonalnie szczypiorek i cebula (moga byc podsmazone na smalcu) albooo ziemniak w reke zamoczony z oliwie z oliwek (posolonej) w drugim reku cebula i na zmiane dziab-dziab ahhh <3 ide se ziemniory ugotuje na sniadanie ino mi smaka narobilas!

      Usuń
  12. Jak ja się Tobie dziwię (i podziwiam), że nie przepadasz za słodyczami :) Mleka nie lubię! Zapraszam do mnie na Weekendownik :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie idą mi i każdy się dziwi jak to możliwe ;)
      Nadrabiam za to pizzami i wszystkim co niezdrowe lub pikantne :)

      Usuń

Szablon by: Panna Vejjs.