Menu

niedziela, 23 lutego 2014

Radosny (s)paw na bbq

Po długiej zimie, po długim miesiącu, po wlekącym się tygodniu- czas na reset.  Na co dzień zapięci przez konwenanse po ostatni guzik, niemal dusząc się od pozorów zrzucamy nasze pancerzyki i zasiadamy do biesiady. A Polacy wbrew pozorom to radosny i zabawowy naród (nasze zadowolenie wzrasta proporcjonalnie do ilości wypitych trunków). W dni powszednie naburmuszeni do granic możliwość, narzekający i burczący…im bliżej wolnych i ciepłych dni- coraz bardziej pożądamy dobrej zabawy.
W Uesach ludzie organizują bbq, radosne spotkania w gronie bananowych ludzi, albo dla odmiany projekty X, Y czy tam inne rozpierduszki- co i u nas staje się coraz bardziej na topie. W Brazylii tańczą, śpiewają,dupczą, jest wesoło i uciesznie, a świat patrzy z zachwytem.  Jak wiadomo my lubimy po swojemu. Po swojemu czyli jak?
Naszym narodowym sportem nie są ani skoki narciarskie, ani f1- chociaż każdy prawdziwy Polak wie o tym wszystko i do tego lepiej niż inni. Naszym narodowym sportem jest grillowanie. Koniecznie przez dwa „L”. Pewna znana kreatorka smaku- jak każe o sobie mówić twierdzi, że „Polacy na ogół grillują w barbarzyński sposób. Wrzucamy na grill kiełbasę i otwieramy piwo, tak mniej więcej to wygląda. Grillujemy byle co. Rzadko grillujemy ryby, nie dbamy o to.” Owszem grillujemy po barbarzyńsku, bo grillowanie to taki troszeczkę nawyk pierwotny. Brodate przodki leźli do ognia i piekli jakieś dinozaury. (Dobra wiem – człowiek i dinozaur nie stąpali w tym samym czasie po globie, ale tak dobrze brzmi :) ). No to te przodki se piekli te reksy i dupczyli, jedli mięcho brudnymi łapami, zagryzali narkotycznymi jagodami i balaaanga. Tak, wrzucamy na grill kiełbachę, bo czymś trzeba zagryźć hektolitry piwa, a po piwie obojętnie czym zagryzamy. Ale, że ryb nie grillujemy? Pffff….wiadomo, że rybka lubi pływać, a grill na sucho to nie grill, a w Biedronie mają fajne pstrągi, które po nadzianiu zielskiem fajnie skwierczą. Można narobić sałatek i cholera wie czego jeszcze, ale grillowanie to tylko pretekst do towarzyskiego spotkania, a nie do objadania. Bo my jesteśmy towarzyscy, tylko skrzętnie to ukrywamy. Może dlatego, że mamy dużo trosk, może dlatego, że stwarzamy te troski…
Alkohol nie rozwiązuje problemów. Podobnie tak, jak i mleko. Nienawidzę mleka. Do alkoholu nic nie mam o ile ktoś pić umi. Za małolata- tanie wino po cichaczu, bywa, że w pobliżu remizy- żeby było po kosztach, bo na zabawinie- ceny wyższe. Kiedyś nikomu nie przeszkadzało, że wino jest z rocznika zaszłotygodniowego. Im bardziej lata postępują  i ilość zer na koncie- tym można bawić się z większą kulturą. Można. Bywa różnie, bo ani zera, ani lata nie mają wpływu na działanie alkoholu. Zaletą alkoholu niezależnie od jego ceny jest to, że pokazuje prawdziwą twarz człowieka.
Grillujmy więc narodzie, pijmy piwo, jedzmy kiełbasę, ryby albo i kartofle z ogniska…do wyboru do koloru. Co kto lubi, ile kto potrafi. Mierzmy tylko siły na zamiary, żeby nie skończyć jak pokrzywiony łuk Eiffla w Pizie, a po każdej imprezie stać niewzruszenie jak radziecki podarek- Pałac Kultury. Dumnie jak paw, ale bez puszczania pawia i wywijania orłów z gilem na nosie. Czuj, czuj, czuwaj!

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Szablon by: Panna Vejjs.